0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.plFot. Jakub Orzechows...

Jeszcze kilka miesięcy temu eksperci uważali, że głównym tematem tych wyborów będą gospodarka, inflacja i stan polskiego państwa.

Dziś te kwestie wydają się dużo bardziej odległe, niż myśleliśmy, że będzie to w ogóle możliwe.

Rolę przewidzianą dla gospodarki przejęły migracja oraz polityka obronna. I zwykłe polityczne przepychanki, mające na celu ugruntowanie politycznych tożsamości. Gospodarka i szeroko rozumiana ekonomia, mimo debat i dyskusji dotyczących stóp procentowych, cen paliw, spadła na dalszy plan.

Jaka jest więc rola programów politycznych w październikowych wyborach? Co takiego się w nich kryje, czy można mówić o pewnych wspólnych mianownikach, a może raczej o kompletnie niepokrywających się wizjach państwa? Czy czeka nas nowa, ekonomiczna rewolucja zaraz po wyborach?

O to wszystko OKO.press pyta ekonomistów, Łukasza Komudę i Kamila Fejfera, twórców podcastu “Ekonomia i cała reszta”.

Więcej informacji o programach wyborczych znajdziesz TUTAJ

Wojciech Albert Łobodziński, OKO.press: “Drożyznę” przykryła migracja, Gdzie zatem w tej kampanii jest powiązanie z gospodarką?

Łukasz Komuda: Przy obecnym wzroście gospodarczym powinniśmy mieć rosnące bezrobocie, a ono maleje, i to nie przypadek. Po prostu ubywa nam rąk do pracy. Więcej ludzi odchodzi na emerytury, niż debiutuje na rynku pracy.

Co miesiąc tracimy 20 tys. osób w wieku produkcyjnym. Rocznie daje to 200-250 tys. osób.

Ma to swoje plusy: wzmocniła się siła negocjacyjna pracowników. To sprawia, że ze wzrostu gospodarczego – Komisja Europejska na ten rok zapowiada ledwo 0,5 proc., ale na przyszły już 2,7 proc. – skorzystać mogą także oni.

Przeczytaj także:

Oczywiście wakaty oznaczają dla pracodawcówstraty. A to z kolei osłabia potencjał wzrostu gospodarczego. Dlatego nasza polityka migracyjna powinna uwzględniać, a najlepiej równoważyć interesy obu stron.

Gospodarka to także problem migracji

O imigracji najczęściej rozmawiamy w kontekście tego, że nie dopina nam się system emerytalny. Na drugim miejscu wspominamy to, że niektóre wakaty na pracowników czekają latami. A niektórych prac – szczególnie za oferowane stawki – mieszkańcy naszego kraju nie chcą już wykonywać. A tymczasem powinniśmy zadawać sobie dość elementarne pytania:

kto będzie uczył nasze dzieci, kto poprowadzi nasz autobus, kto pomaluje nam mieszkanie, kto zaopiekuje się naszymi rodzicami?

Zasoby pracowników będą stale się kurczyły, średnia wieku pracowników – rosła. Jak sobie z tym wszystkim poradzić bez imigracji? A jeśli się na nią zdecydujemy, to jak ją prowadzić mądrze, dbając o integrację ludności napływającej nad Wisłę z różnych stron świata? To są pytania o największej wadze.

A co wpływa na bilans ludnościowy?

Kamil Fejfer: Trzy zmienne: liczba urodzeń, liczba zgonów oraz migracja.

Jeśli chodzi o tę pierwszą kategorię to istotny jest tak zwany współczynnik dzietności, czyli – upraszczając – ile dzieci urodzi przeciętna kobieta w ciągu swojego życia. Prosta zastępowalność pokoleń następuje, gdy wskaźnik ten wynosi 2,1. Przy takiej wartości – zakładając brak migracji zagranicznych – populacja w danym kraju ani nie rośnie, ani nie maleje. A jeśli ta wartość zachowana jest przez długi czas, to stabilizuje się struktura wiekowa, czyli społeczeństwo ani nie młodnieje, ani się nie starzeje.

Gospodarka to demografia

Ostatni raz z zastępowalnością pokoleń mieliśmy do czynienia według GUS 35 lat temu. Przy czym licząc osobno miasta punkt ten minęliśmy 60 lat temu, w przypadku wsi – 30 lat temu. Później wartość ta zanurkowała i w 2022 roku wyniosła 1,26. Demografowie określają dzietność poniżej 1,5 mianem “skrajnie niskiej”. A taką w Polsce mamy nieprzerwanie od 1997 roku.

Co to oznacza?

Kamil Fejfer: W przyszłości najzwyczajniej na świecie nie będzie wystarczającej liczby młodych kobiet, żeby utrzymać liczebność społeczeństwa. My się już wyludniamy, a proces ten będzie tylko postępował. Kategoria “katastrofy demograficznej” jest kwestią dyskusyjną; “katastrofa” uruchamia w nas obrazy zagłady i upadku. W tak skrajne scenariusze nie wierzę. Wierzę w adaptacyjne zdolności społeczeństw.

Będziemy się starzeć

Bez wątpienia jednak starzejące się społeczeństwo jest wyzwaniem. Rozwiązaniem, o którym zresztą wspomina Łukasz, jest wspomniana wcześniej zmienna. Chodzi o migrację. Bez niej możemy mieć poważny problem. Migrację można postrzegać jako swego rodzaju kroplówkę dla całego systemu: ochrony zdrowia, rynku pracy, systemu emerytalnego i wzrostu gospodarczego.

Na ten moment się od niej odcięliśmy. Zerwaliśmy, na dobre, czy na złe, współpracę ze wszystkimi agencjami migracyjnymi w ramach afery wizowej.

Kamil Fejfer: To jest kwestia doraźna. O aferze wizowej za rok nikt nie będzie pamiętał. Musimy myśleć w perspektywie 20-30 lat, i w takim horyzoncie operować. Wyludnianie się jest realnym problemem, który w ramach polityki migracyjnej możemy starać się łagodzić, a może nawet rozwiązywać. Również z korzyścią dla samych migrujących.

Skąd weźmiemy młodych?

Ale też dla polityki demograficznej i mieszkaniowej…

Kamil Fejfer: Oczywiście, to nie są zbiory rozłączne: polityka imigracyjna, demograficzna, mieszkaniowa, edukacyjna, transportu publicznego, systemu zabezpieczeń społecznych i wiele innych powinny być koordynowane i uwzględniać czynnik migracyjny. Ważne jest jednak to, że mamy również do czynienia z czymś takim jak renta demograficzna.

Po prostu ludzie młodsi, sprawniejsi, bardziej rozeznani w nowych metodach pracy i produkcji — tutaj kłania się internet i zinformatyzowanie obecnych miejsc pracy — są po prostu bardziej wydajni. Im młodsze jest społeczeństwo, tym większe są jego moce produkcyjne.

Łukasz Komuda: Dodałbym, że młodzi pracownicy są również bardziej elastyczni, czyli łatwiej i szybciej wypełnią różne luki w naszym rynku pracy. Można się kłócić o to, czy 20-latek uczy się szybciej i wydajniej niż 45-latek, ale z pewnością 20-latek ma mniej do stracenia, by porzucić dawną ścieżkę zawodową i zacząć coś nowego. Dlatego śmielej się przekwalifikuje, łatwiej zmobilizuje do indywidualnego korygowania swojej ścieżki kariery w reakcji na zmiany na rynku. 45-letni stoczniowcy, czy górnicy nie przeskoczą łatwo do zupełnie nowych zawodów. A luk, gdzie mogliby się przydać, pojawia się u nas coraz więcej.

Bariera języka do pokonania

Zaczynając od prawie 20 tys. nauczycieli po ponad 10 tys. policjantów, o czym mowa była na niedawnym Marszu Gniewu związków zawodowych.

Łukasz Komuda: Tę listę można ciągnąć dalej. Z dużych segmentów gospodarki największą liczbę wakatów można znaleźć w sektorze produkcyjnym (ponad 22 tys.), handlu (16 tys.), transporcie i logistyce (13 tys.), budownictwie (12 tys.) oraz IT (9 tys.).

Łącznie w II kwartale tego roku według GUS na pracowników czekało 113 tys. wolnych miejsc pracy, 0,9 proc. wszystkich istniejących stanowisk z pracą etatową.

W sektorze publicznym mamy jednak często sytuację, gdzie nie da się tak łatwo zasilić kadry zastrzykiem imigrantów. Policjant powinien znać świetnie język, polskie prawo, skończyć odpowiednią uczelnię. Nauczyciel – podobnie. To samo będzie z pielęgniarkami, lekarzami albo pracownikami pomocy społecznej. Tam “dorzucenie” imigrantów, nawet z odpowiednim wykształceniem i doświadczeniem zawodowym zdobytym w kraju pochodzenia, jest zwyczajnie niemożliwe. Powodem jest bariera językowa, różnice w metodach kształcenia oraz przede wszystkim w praktyce wykonywania pracy w Polsce i w ojczyznach imigrantów.

Te bariery możemy jednak zmniejszać i wspierać ich w procesie nostryfikacji dyplomów, uzupełniania wykształcenia i kursów języka polskiego tak, by mogli wykorzystać swoje kompetencje w pełni. Dla własnej, ale i naszej korzyści.

Taksówkarz z doktoratem?

Wśród migrujących młodzi ludzie stanowią zazwyczaj większość. Trzeba pamiętać, że kiedyś to oni będą mieć dzieci.

Kamil Fejfer: Tak, i znaczna część tego wysiłku, o którym mówił Łukasz, będzie dotyczyła także drugiego pokolenia imigrantów. Przykłady tego, jak nad tym pracować, jak włączać dzieci imigrantów do społeczeństwa, widzimy w wielu miejscach na świecie, nie jesteśmy całe szczęście pierwszym krajem, który z takimi kwestiami się mierzy.

Łukasz Komuda: Mamy wiele europejskich przykładów tego, jak politykę imigracyjną prowadzić źle i głupio. Kanada z kolei stawiana jest często jako przykład pozytywny, ale nawet tam można znaleźć nieracjonalności. Na przykład największą na świecie liczbę fizyków, inżynierów, lekarzy i innych wysoko wykwalifikowanych specjalistów, którzy nie wykorzystują swojej wiedzy i utrzymują swoje rodziny prowadząc taksówki. W dużej części to imigranci w pierwszym pokoleniu.

W Toronto żartuje się, że łatwiej jechać taryfą prowadzoną przez doktora niż przez zwykłego magistra.

Obok zwykłego drenażu mózgów, czyli ściągania najlepszych naukowców, inżynierów, programistów, płynie tam także rzeka specjalistów, którym brakuje nostryfikacji dyplomu, szkolenia, pewnej inwestycji potrzebnej, by mogli lepiej przyczynić się do wzrostu gospodarczego. Ale to stanowiłoby konkurencję dla innych specjalistów, urodzonych w Kanadzie – krzywo na to patrzą m.in. imigranci w drugim pokoleniu oraz ci, którzy przyjechali tam np. 30-40 lat temu, w tym polonusi – więc potencjał fachowców zostaje niewykorzystany. Trzeba przy tym przyznać, że życie taksówkarza w Toronto jest z pewnością o wiele bardziej dostatnie i spokojniejsze niż naukowca w Warszawie, nie mówiąc o akademikach z Teheranu lub Damaszku.

Niektóre kraje udrażniają te kanały drenażu mózgów i tak oto polscy lekarze i pielęgniarki trafiają do Szwecji lub Norwegii, by pracować w zawodzie. Powinniśmy podglądać dobre przykłady i stosować je u nas stosownie do potrzeb i warunków.

Polityka migracyjna jako inwestycja

Nie możemy zapominać o tym, że nieprzemyślane przyjmowanie migrantów, np. tworzenie takich warunków rynkowo-prawnych, że ich praca będzie możliwa tylko w dolnych segmentach klasowych, w najgorzej płatnych zawodach, będzie tworzyć dualizm społeczny. Przykładem tego jest Francja, gdzie istnieją dzielnice zamieszkałe przez wykluczone mniejszości etniczne, tzw. banlieue, stanowią pewnego rodzaju rezerwuar rezerwowej armii pracy. Ludzi bez perspektyw. Bez dawnej kultury organizacyjnej, bez związków zawodowych i partii politycznych mogących te grupy reprezentować.

Kamil Fejfer: Rozsądna polityka imigracyjna to rozłożona na lata i dekady inwestycja, a z takimi często w polskiej polityce mamy problem, ponieważ ta działa w rytmie kadencji sejmowych. Ponadto migracje same w sobie będą się nasilać, ze względu na zmiany klimatu. Ale sytuacja, w której dzieci będą miały diametralnie różne szanse już na starcie ze względu na wschodnio brzmiące nazwiska, czy inny kolor skóry, jest proszeniem się o poważne kłopoty. A możemy już teraz taki scenariusz oddalić, jeśli gruntownie przygotujemy nasze państwo i społeczeństwo.

Co z tego jest w programahc partyjnych?

Odłóżmy na bok temat migracji. Jakie były wasze pierwsze reakcje po zapoznaniu się z programami partyjnymi?

Kamil Fejfer: Niektóre programy, jak skondensowany program Hołowni, są krótsze od moich notatek spisanych przed wywiadem. A w odróżnieniu od Łukasza nie przesadzam z ilością notatek. Nie liczyłbym tam na jakieś rewelacje dotyczące tak wielowątkowych problemów, jak kwestia migracji i tego, co z nią zrobimy.

Łukasz Komuda: Kamil lubi mnie ganiać za takie metody, ale mam tutaj garść liczb opisujących objętość programów pięciu głównych graczy na scenie politycznej przed wyborami.

  • Trzecia Droga, i jej “12 gwarancji”, “9 gwarancji gospodarczych”, “3 zadania na 100 dni” i “3 zadania na kadencję” łącznie to razem mniej-więcej 5 stron luźno zapisanego tekstu i 7 tys. znaków.
  • Na drugim krańcu skali jest program Prawa i Sprawiedliwości: 302 strony i 470 tys. znaków (przeszło 60-krotnie dłuższy!), z których – bez szukania na stronach partii – niełatwo wydłubać główne propozycje partii rządzącej na nową kadencję.

Obie te partie pokazują rolę programów wyborczych w dyskursie publicznym. A raczej – podejście do nich znacznej części polityków i ich zaplecza. Kto będzie czytał program PiS-u? Co możemy wyciągnąć z tych postulatów Hołowni? Odpowiedzi są dwie: nikt i nic.

Kamil Fejfer: Pewnie nasza trójka to jakieś 3 proc. osób w Polsce, które w ogóle przeczytały wszystkie programy wyborcze (śmiech).

W kampanii nie o programy chodzi

Jednak są one – albo przynajmniej powinny być – podstawą demokracji. Dokumentem, dzięki któremu możemy pociągnąć polityków do odpowiedzialności, ale też zrekonstruować konkurujące wizje polityczne.

Łukasz Komuda: Wyidealizowana wizja demokracji mówi, że partie polityczne przygotowują swoje koszyki obietnic, a wyborczyni lub wyborca przed elekcją dobiera koszyk, jaki pasuje najlepiej do jej lub jego preferencji. To iluzja. Politycy podczas przedwyborczych wieców mogą obiecywać rzeczy, których nie ma w programach ich partii. I nikt ich nie łapie za słowo, bo nikt programów nie czyta.

Kamil Fejfer: Warto też dodać, że nasze wybory nie wynikają z racjonalnej kalkulacji interesów. A przynajmniej nie tylko z tego. W dużej mierze są one pochodną naszych politycznych tożsamości. Tzn. nie znając się na wielu skomplikowanych kwestiach politycznych i gospodarczych uznajemy, że “nasi” na pewno mają dobre pomysły, a “tamci” mają pomysły złe. Takie są nasze ludzkie ograniczenia poznawcze.

Mam wrażenie, że co o zamierzeniach partii więcej dowiadujemy się z radia i gazet, a nawet telewizji, niż z programów wyborczych. Jednak z programów można rozliczyć, są to spisane i sygnowane dokumenty, do których mogą odnosić się dziennikarze, eksperci oraz oponenci polityczni. Ale raczej nie wyborcy.

Kamil Fejfer: Rzeczywiście niektórzy dziennikarze zajmują się monitorowaniem tego, czy dane obietnice wyborcze zostały, czy nie zostały spełnione. Ale zastanówmy się, ilu obywateli, a nawet dziennikarzy i ekspertów pamięta programy wyborcze z ostatniej kampanii? Z nimi jest trochę jak z długoterminową prognozą pogody – nikt nie weryfikuje trafności dwutygodniowej prognozy sprzed dwóch tygodni. Widzimy raczej te obietnice, których nie spełniono. Na przykład programu Mieszkanie Plus.

Pomysłów ma 100 dni nie wykona się w sto dni

Łukasz Komuda: Mleczko narysował obrazek wiecu wkurzonych ludzi z transparentem, na który napisano “Żądamy obietnic!”. Programy wyborcze są odpowiedzią na te żądania. Nie patrzymy na to, ile proponowane postulaty kosztują, czy są w ogóle zgodne z prawem, Konstytucją, regulacjami Unii Europejskiej.

Najlepszym przykładem jest “100 konkretów” Koalicji Obywatelskiej, które jest najbardziej niekonkretnym dokumentem z nagłówkiem “konkrety”, jaki widziałem w życiu. Postulaty Trzeciej Drogi są przynajmniej symbolicznie rozwinięte: do hasła dopisany jest akapit lub dwa wyjaśnienia. Tutaj mamy sto haseł, w większości – jednozdaniowych. Trudno je traktować serio.

Kamil Fejfer: Co więcej jest to “100 konkretów na 100 dni”, pełnych postulatów, których na pewno nie da się zrobić w 100 dni. Między innymi przeznaczenie 10 miliardów na renowację pustostanów, plus rocznie 3 miliardy na dofinansowanie TBS-ów oraz “powiększenie miejskich zasobów mieszkaniowych”. Czyli w 100 dni chcemy dać 3 miliardy rocznie, i to w kolejnych latach.

Mam wrażenie, że duża część programów powstała na kolanie. Program Hołowni i Kosiniaka-Kamysza wygląda tak, jakby te 12 gwarancji Trzeciej Drogi, powstało tylko dlatego, że było 12 apostołów, i to się dobrze kojarzy, a po drugie, żeby cokolwiek w ogóle spełniało funkcję programu. Program Polski 2050 (bo partie mają również swoje oddzielne dokumenty) wygląda jak praca domowa pisana na ostatnią chwilę, a z kolei program PSL-u przypomina dokument urzędowy z 2008 roku.

Przedstawiając program blokuje się jego wykonanie

Dobrze, ale czy mamy do czynienia w tych programach z jakimiś ekonomiczno-społecznymi game changerami, typu 500+ z 2015 roku?

Kamil Fejfer: Mam wrażenie, że PiS, budowniczy jednego z najbardziej rewolucyjnych programów społecznych, czyli 500+, dzisiaj chce grać zachowawczych technokratów. W kontekście rynku pracy mamy między innymi propozycję dopłat dla przedsiębiorstw na stworzenie miejsc pracy zdalnej dla młodych. Nie brzmi jak rewolucja. Może jak fragment nudnego rozporządzenia.

Patrząc na to pragmatycznie, firmy przecież takie miejsca pracy tworzą i to masowo, więc nie wiadomo, kto ma na tym skorzystać. Raczej przedsiębiorcy, podwyższając tym samym zysk z pracy osób młodych. Ten pomysł jest proponowany jako mechanizm aktywizacyjny. Ale z drugiej strony, kto sprawdzi jego skuteczność? Przecież polskie państwo radzi sobie naprawdę kiepsko z ewaluacją swoich programów.

Kamil Fejfer: W programie PiS nie ma żadnej wielkiej rewolucji ekonomicznej, ponieważ rządząc już 8 lat mieli czas na swoją rewolucję. Wiele z takich rozwiązań dość nowych dla polskiej ekonomii, jak podatek cyfrowy, czy Polski Ład, zostało uziemionych po ich pojawieniu się w dyskursie. Na bazie programu więc nie ma tutaj chęci podnoszenia stawki ryzyka.

Wyborczy program mieszkaniowy?

Ciekawe – i symptomatyczne w kontekście tego, o czym mówimy – jest natomiast obejście kwestii rynku mieszkaniowego. Miał swoje pięć minut przecież program Mieszkanie Plus, program podażowy, który w zamyśle wydawał się rozsądny. Mógł obniżyć koszty wynajmu i ceny mieszkań. Ale skończył się ogromną klapą. Czego zresztą PiS nie ukrywa. Teraz partia rządząca oferuje kredyt 2 procent, który od momentu ogłoszenia podbił ceny mieszkań.

W samym natomiast programie partia Jarosława Kaczyńskiego rozwiązanie problemów mieszkaniowych Polaków pozostawia rynkowi. “Priorytetowym celem jest dla Prawa i Sprawiedliwości zachowanie wysokiego tempa przyrostu liczby nowych mieszkań” – czytamy w dokumencie. Pojawia się w nim diagnoza, że brakuje nam około 800 tys. mieszkań. Od roku 2019 rocznie oddaje się ponad 200 tys lokali. Jeżeli więc trend będzie kontynuowany to założenie z programu zostanie zrealizowane za cztery, może pięć lat. Ale bynajmniej nie stanie się tak dzięki polityce mieszkaniowej PiS.

Kamil Fejfer: Co więcej, problemem, którego partia rządząca nie porusza w programie, jest kiepska dostępność mieszkań dla osób mało zarabiających: młodych, osób samodzielnie wychowujących dzieci, czy po prostu z niskim dochodem. Im nie pomogą kolejne deweloperskie inwestycje, bo po prostu nie mają zdolności kredytowej, by kupić lokal. Są to zresztą problemy o których Ministerstwo Rozwoju i Technologii pisało w dokumencie “Raport o stanie mieszkalnictwa” w 2020 roku.

Łukasz Komuda: To jest kapitulacja! Rezygnacja państwa z aktywnej i znaczącej roli na rynku mieszkaniowym. Oddanie sytuacji w mieszkaniówce siłom wolnego rynku, które się jedynie nieudolnie wzmacnia lub osłabia, głównie stymulując popyt, zamiast podaży. Widzimy to we wszystkich programach od PiS-owskiej prawicy, po centro-prawicę Trzeciej Drogi i Koalicji Obywatelskiej.

Kto zbuduje milion trylionów mieszkań

Ale właściwie to tutaj problemem nie jest sam brak mieszkań na rynku, lecz ich cenowa niedostępność dla uboższych rewirów klasy średniej, a co dopiero dla biedniejszych, klasy pracującej.

Kamil Fejfer: Jedyny tutaj pomysł ma Nowa Lewica, gdzie widać wkład partii Razem w postulacie stworzenia państwowego dewelopera. Pytanie brzmi: czy takie rozwiązanie w Polsce w ogóle jest możliwe z uwagi na brak odpowiedniej koordynacji między instytucjami? Tak PiS poślizgnął się na Mieszkaniu+.

Łukasz Komuda: Jest taki skecz Monty Pythona, w którym minister mieszkalnictwa w telewizyjnym studiu zostaje zapytany o to, jak wyjaśni, że przed dojściem do władzyobiecywał zbudować sto milionów trylionów mieszkań w samym Londynie, ale przez dwie lub trzy kadencje kadencje zbudował jedynie kilkanaście lokali. Minister próbuje odpowiadać, ale nie słyszymy ani słowa, bo z offu słyszymy szczegółowy opis tego, jaką kreację ma tego dnia na sobie.

Trudno nie skojarzyć tej scenki z obietnicami PiS z 2015 roku. Dlaczego Mieszkanie+ wybuchło PiS-owi w twarz? Najkrótsza odpowiedź brzmi: bo budowanie domów na większą skalę to bardzo, bardzo trudny, skomplikowany biznes.

A jednym z ważniejszych wąskich gardeł są braki kadrowe.

Gdybyśmy chcieli zbudować np. 100 tys. lokali więcej, to kto miałby to zrobić? Przecież już dziś w mieszkaniówce brakuje kilkunastu tysięcy ludzi i luka ta raczej będzie rosła niż malała? To również przytyk do ambitnych planów Nowej Lewicy. Nawet jeśli sypniemy pieniędzmi, to i tak zabraknie nam rąk do pracy, a proces stopniowo rosnących płac w budownictwie, co przyciągnie większą liczbę chętnych do pracy, przyniesie pozytywne efekty w perspektywie dekady, a nie kadencji sejmowej.

W ostatnich ośmiu latach deweloperka zwiększała liczbę oddawanych mieszkań średnio o 10 proc. rok w rok i to budzi respekt. Trudno sobie wyobrazić, by to tempo można było jeszcze bardziej podkręcić. Nawet utrzymanie go będzie niełatwe właśnie dlatego, że fizycznie nie ma komu tych dodatkowych dziesiątków tysięcy mieszkań rocznie wznieść i wykończyć.

Za dużo zmiennych dla PiS

A budowanie domów to nie tylko robotnicy licznych specjalności od zbrojarzy do kafelkarzy, ale również odpowiednio wyspecjalizowani prawnicy, architekci, kierownicy budowy i operatorzy coraz droższych, coraz bardziej skomplikowanych maszyn, o rozwoju w technikach budowy i materiałach budowlanych nie wspominając.

Jednak znajdujemy w programie PiS-u również to, że zamierza budować 20-25 tys. mieszkań socjalnych rocznie. I deklaruje, że jest to osiągalne. Aczkolwiek nie ma wskazania kto, gdzie i za co ma te mieszkania socjalne budować. Dodatkowo jest mowa o walce z, cytuję, “patodeweloperką”. Tyle tylko, że nadal nie wiemy, w którym kościele dzwoni i co dokładnie chodzi.

Kamil Fejfer: Tym samym nadal widzimy abdykację w kwestiach mieszkaniowych. Od 2019 roku liczba mieszkań oddawanych wzrastała, ale teraz przez inflację, podwyżkę stóp procentowych i zawirowania gospodarcze trend ten może przyhamować. Pamiętajmy, że liczba nowych lokali jest funkcją stóp procentowych – ludzie kupują je dzięki kredytom, tak samo zresztą swoje projekty finansują deweloperzy. Kiedy stopy procentowe rosną, kredyt staje się mniej dostępny i rynek się chłodzi. Obecnie mamy najwyższe stopy procentowe od 2008 roku.

Z drugiej strony mamy do czynienia z dezinflacją. To co mówi prezes Glapiński o tym, że ceny miesiąc do miesiąca stoją w miejscu od kilku miesięcy, a nawet spadają – z taką sytuacją mieliśmy do czynienia we wrześniu względem sierpnia – jest prawdą. To z kolei robi miejsce dla obniżek stóp, co mogłoby pobudzić rynek mieszkaniowy. Ale pojawia się problem kolejny – zbyt szybkie cięcie stóp oznacza spadek wartości złotówki, a to z kolei import inflacji. NBP musi być tego świadomy. Kondycja rynku mieszkaniowego w przyszłym roku wydaje się wciąż dość niepewna.

Łukasz Komuda: Do nowych realiów dość szybko zaadaptowali się najwięksi deweloperzy, budując jeszcze droższe, większe i bardziej ekskluzywne lokale, które kupuje kilka procent najbogatszych Polaków oraz zagraniczne fundusze inwestycyjne.

Dzięki temu nawet w obecnych realiach marże giełdowych spółek deweloperskich pozostały nietknięte: relacja zysku brutto do przychodów w 2022 roku wynosiła 30,9 proc., a w pierwszym półroczu tego roku zdaje się dalej rosnąć. To oczywiście niewiele mówi o tym, jak radzą sobie małe, nienotowane na parkiecie firmy. Każde zawirowanie zawsze najbardziej odbija się na najsłabszych graczach na rynku: tak firmach budujących mieszkania, jak i na klientach, którzy są na krawędzi zdolności kredytowej pozwalającej kupić mały lokal z segmentu ekonomicznego.

KO też nie ogarnia

Koalicja Obywatelska też abdykuje?

Kamil Fejfer: KO podbija pomysł PiS. Po tym, jak partia rządząca powiedziała o kredycie 2 proc., KO przebił to kredytem 0 proc.! Przypomnijmy, że kredyt 2 proc. spowodował wzrost cen mieszkań, które mogły być objęte programem. Trudno oczekiwać, by podobne rozwiązanie przyniosło inny rezultat.

A kto na tym zyska? Deweloperzy, którzy zarzucą jeszcze wyższe ceny, wzrosną im marże itd. I banki, które zawsze z takiego dodatkowego strumienia publicznej gotówki próbują uszczknąć coś ekstra dla siebie w opłatach i prowizjach. Wciąż jednak pozostaje kwestia, która sam rząd poruszał w przywoływanym raporcie resortu rozwoju: program nie rozwiązuje problemu dostępności mieszkań dla mniej i średnio zarabiających.

Drugi pomysł KO to dopłata 600 złotych do czynszów dla młodych. Mamy dość badań, które pokazują, że takie rozwiązania wprowadzane w innych krajach poskutkowały wzrostem czynszów.

Czyli czynsze wzrosną?

Łukasz Komuda: Tak, i wzrosną wszystkim. Starszym i młodszym. Nikt nie będzie się zastanawiał komu wynajmie mieszkanie: to nie jest rynek lokatora, wręcz przeciwnie.

Wróćmy do kredytu 2 proc. Spójrzmy na to co się stało, gdy usłyszeliśmy w mediach obietnicę, powtarzam obietnicę, kredytów 2 proc. Ceny nieruchomości wzrosły wszystkim. Rynek nie wybiera indywidualnie, rynek oddziałuje en masse.

Kto na tym skorzystał po stronie, powiedzmy, lokatorskiej? Może kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy te kredyty otrzymali na samym początku i uniknęli części efektu podwyżek. A pamiętajmy, że zdolność kredytową ma ledwie co piąty Polak i Polka. A więc skorzystał mikroskopijny ułamek ludzi, którzy potrzebowali mieszkań. W dłuższej perspektywie, jeśli nie masz działania na podaż, tylko na popyt, to więcej pieniędzy wpadnie w ręce deweloperów. C’est la vie.

Lewica zapomniała o 35-godzinnym tygodniu

Abstrahując od tego, że brakowałoby rąk do budowy mieszkań, to Lewica zdaje się mieć tutaj najbardziej konkretny program. Konfederacja z drugiej strony chce postawić na rozluźnienie biurokracji budowlanej, cokolwiek miałoby to znaczyć. Co myślicie o tych dwóch programach?

Łukasz Komuda: Obie te partie przygotowały najbardziej przejrzyste i najprostsze w odczytaniu programy – nie tylko w obszarze mieszkaniówki, choć jej poświęcono naprawdę sporo miejsca. Oba programy są spójne pod względem wizji państwa oraz zgrabnie napisane. Nie za długie, nie za krótkie.

Zdziwiło mnie, że w programie Lewicy nie ma mowy o 35-godzinnym tygodniu pracy! Coś, o czym Włodzimierz Czarzasty mówił na jednej z konwencji i co jest codziennie podbijane w mediach społecznościowych. Na poziomie dokumentu mamy ogólniki o skracaniu czasu pracy, w co są wprzęgnięte urlopy etc., a więc wszystko, co może się do czasu pracy odnosić. Jednak “35-godzinny tydzień” po prostu się nie pojawia.

Kamil Fejfer: Jest za to mowa o progresywnej skali PIT, która ma odciążyć gospodarstwa domowe i niskich oraz średnich dochodach. Ale o podwyżce podatków dla zamożniejszych cicho, sza. Być może wynika to z faktu, że sam elektorat lewicowy jest – uśredniając – wielkomiejski i wykształcony, a więc i ponadprzeciętnie dobrze zarabiający. Po co więc drażnić swojego własnego wyborcę? Jest natomiast mowa o podwyżkach podatków dla korporacji.

Dobry pomysł, żeby egzekwować prawo

A skąd, parafrazując jednego z popularniejszych dziennikarzy, “Włodzimierz Czarzasty jest mi najdroższy, lecz nie tylko emocjonalnie, co i programowo”?

Łukasz Komuda: A to dlatego, że Money.pl razem z Forum Obywatelskiego Rozwoju, związanym z myślą Leszka Balcerowicza, przedstawiły szacunki programów politycznych różnych partii, w których wyszło, że obietnice Lewicy są najdroższe. 217 miliardów złotów! Zgadnij, czyje propozycje okazał się najtańsze?

Koalicji Obywatelskiej?

Łukasz Komuda: Bingo! Wystarczy spojrzeć po autorach tych wyliczeń, by stwierdzić jak te programy zostaną oszacowane. Program KO został wyliczony na 120 miliardów złotych.

Kamil Fejfer: Dodałbym do tego, że niewiele tańszy od programu Lewicy jest program Konferencji. FOR wylicza jego “koszt” na 182 mld zł.

Co zdrożeje?

To gdzie szukać konkretów, czy może jądra ideologicznego w programie Lewicy?

Kamil Fejfer: Między innymi we wzmocnieniu i dofinansowaniu Państwowej Inspekcji Pracy, stworzeniu w jej ramach “pionu prokuratorskiego”, który miałby ścigać “najbardziej rażące naruszenia prawa”. Mowa jest również o zwiększeniu kar za naruszenia prawa pracy. To wszystko bardzo dobre propozycje, ponieważ prawo nie może być “zbiorem niezobowiązujących sugestii” dla silniejszej strony umowy, czyli najczęściej dla pracodawcy. Ktoś musi egzekwować stosowanie przepisów, żeby one miały w ogóle sens. W kontekście rynku pracy warto dodać jeszcze postulat walki ze śmieciówkami, czy wymuszonym samozatrudnieniem.

Lewica proponuje też podatek od nadmiernych zysków spółek energetycznych, obligacje inflacyjne. Te rozwiązania wydają się jednak trochę poniewczasie. Jak już wyżej wspomnieliśmy wzrost cen de facto w Polsce zatrzymał się w marcu-kwietniu. Prawdopodobnie zobaczymy jeszcze wzrost cen na początku roku z uwagi na opuszczenie podatkowych tarcz anty inflacyjnych – wzrośnie VAT na żywność, a przedsiębiorcy, jak to zwykle bywa, przerzucą ceny na klientów.

W najbliższych tygodniach wzrośnie również cena paliwa, bo ceny na światowych rynkach zauważalnie wzrosły, a u nas są one trzymane sztucznie na niskim poziomie w celach wyborczych.

Do tego po politycznej decyzji o dość gwałtownym obniżeniu stóp procentowych złotówka straciła na wartości. Jest to o tyle ważne, że Polska kupuje wiele towarów i surowców za dolary. Nie wydaje mi się jednak, żeby te wzrosty były na tyle duże, abyśmy choć w części mieli inflacyjną powtórkę z tego, co się działo pod koniec zeszłego roku. Te postulaty lewicy odnoszą się więc do dzisiejszych obaw, a nie odpowiedzią na to, co będzie się działo po wyborach.

Łukasz Komuda: Jądrem programu Nowej Lewicy jest praca. Walka ze śmieciówkami; zasiłek chorobowy od pierwszego dnia wypłacany przez ZUS, i to na poziomie 100 proc. wynagrodzenia; prawdziwy dialog społeczny; wzmocnienie Inspekcji Pracy; wprowadzenie minimalnego wynagrodzenia w sferze budżetowej do 130 proc. płacy minimalnej i podniesienie tej ostatniej do 66 proc. średniego wynagrodzenia w gospodarce; odsetki dla pracowników od pracodawców za każdy dzień opóźnienia wypłaty wynagrodzenia; zasiłek dla bezrobotnych w wysokości połowy średniego wynagrodzenia; 2,5-krotna stawka godzinowa za pracę w niedzielę i święta; lepsze płace na uczelniach i w szkołach; okres wykonywania pracy w ramach umów cywilno-prawnych wliczany do stażu pracy… jest tego więcej!

Ile ma wynieść płaca minimalna?

Widać tutaj mocny kierunek zmian, i to dość kontrowersyjnych.

Łukasz Komuda: Wiele z postulatów wzbudza emocje – na przykład podnoszenie płacy minimalnej do 66 proc. średniego wynagrodzenia. Nie słyszałem o jakimkolwiek kraju, w którym wynagrodzenie minimalne byłoby tak wysokie względem średniego. Jednak część ekonomistów uważa, że nie ma żadnej magicznej granicy, po przekroczeniu której kury przestaną się nieść, spadnie deszcz żab, wszystkim menedżerom średniego szczebla głowy stanął w płomieniach, a gospodarka zacznie się zwijać. Nie znaczy to, że można minimalną płacę windować dowolnie wysoko. Chodzi mi o to, że nikt nie wie, jak wysoko można ją ustanowić, by plusy ciągle przewyższały minusy. Bo każdy instrument ekonomiczny ma swoich wygranych i przegranych, swój bilans kosztów i korzyści.

Dobrze zredagowany program Konfederacji

Jednak brak konkretów na temat kosztów, co może wskazywać, że jest to również ukłon w kierunku przyszłego partnera, a więc Koalicji Obywatelskiej. I to chyba niejedyny taki ukłon wśród tzw. partii demokratycznych wobec Donalda Tuska. Brak ostrego programu Trzeciej Drogi, to kurs na przyszłe rozmowy i rozliczenia.

A gdzie w tym wszystkim jest Konfederacja, która nie chce iść, deklaratywnie, w żadną koalicję, jaką rewolucję chcą nam przygotować Mentzen z Wiplerem?

Łukasz Komuda: Pomimo tego, że postrzega się nas jako konfo-żerców, to powiem, że program Konfederacji jest najsolidniejszym dokumentem. Ma mniej więcej taką logikę: najpierw jest problem, potem propozycje jego rozwiązania, a na końcu wyliczenia kosztów. Widać, że ileś osób ten dokument czytało, przeszedł on kilka weryfikacji. Do przedsiębiorców taki dokument może przemawiać, do osób czytających programy, szczególnie tych o poglądach liberalnych, również.

Prawie połowa programu jest o obniżaniu podatków lub ich likwidacji razem z częścią biurokratycznych obowiązków, o dobrowolności płacenia składek ZUS przez przedsiębiorców, a niewiele mniej można znaleźć o rozmontowywaniu NFZ i scentralizowanego systemu szkół publicznych, czyli w praktyce i docelowym zamyśle: o prywatyzacji sektora publicznego, co literalnie się nie pojawia, ale wisi w powietrzu, czuć krew między wierszami.

Ale też mowa o racjonalizacji dostępu do broni!

Kamil Fejfer: Pytanie tylko po co? Pomijając już sam fakt, że masowy dostęp do broni może zmniejszać, a nie zwiększać bezpieczeństwo, to pamiętajmy, że Polska jest jednym z najbezpieczniejszych krajów świata, jeśli chodzi na przykład o liczbę zabójstw na 100 tys. mieszkańców.

Moja ogólna refleksja na temat programu Konfederacji jest taka, że jest bardzo szczegółowy. Mam wrażenie, że w wielu miejscach mówi o rzeczach nieszczególnie interesujących dla większości osób. Można powiedzieć, że jest swego rodzaju anty-podatkową demagogią. PiS wprowadził podatek cukrowy, dla sklepów wielkopowierzchniowych? My to zlikwidujemy, jak i 13 innych danin, a do tego my wprowadzimy dochodowy podatek liniowy PIT 12 proc., i dobrowolny ZUS dla przedsiębiorców! Tak ten program można skrócić. A co zrobimy, żeby choćby na tym samym poziomie utrzymać usługi publiczne? Tego się nie dowiemy.

Programowe obniżanie podatków

Żeby jednak być sprawiedliwym, nie dowiemy się również od Lewicy skąd – przy obniżce VAT-u, który jest największą daniną, i bez podwyższania PIT-u – wziąć pieniądze na proponowane przez nich progresywne postulaty.

Zwykły Kowalski może stwierdzić, że jeśli podatki dla przedsiębiorców zostaną obniżone, to wtedy i ceny produktów na półkach w sklepie spadną.

Łukasz Komuda: Ceny nie spadną, a przynajmniej nie analogicznie do tego, jak spadły podatki. Dlaczego miałyby spaść? Jeśli ludzie są przyzwyczajeni do danego poziomu cen, to czemu sprzedawcy mieliby te ceny obniżać? Robią to wtedy, gdy walczą o większy kawałek rynkowego tortu lub gdy nagle spada im sprzedaż, a towary zaczynają zalegać na półkach lub w magazynach. A to znaczy, że zazwyczaj nie ma potrzeby robić obniżek. Zresztą, znaczna część społeczeństwa nie wie, czym np. jest podatek VAT i nie ma świadomości, że go płaci.

Kamil Fejfer: Będzie mniej podatków dla przedsiębiorców, którzy będą mieli większe marże, przy czym ubędzie miliardy złotych w budżecie państwa, a wy, konsumenci, będziecie mieli towary tańsze o kilka proc. Tak prawdopodobnie w rzeczywistości wyglądałoby wdrożenie programu Konfederacji. Konfederacja na to odpowie: ha! ale po obniżeniu podatków gospodarka ruszy z kopyta do przodu!

W mainstreamie jednak pokutuje “zdroworozsądkowe” podejście, mniejsze podatki równają się wzrostowi gospodarczemu.

Kamil Fejfer: Taki automatyzm nie następuje. Wiemy to z wielu badań i metaanaliz. Obniżenie podatków zazwyczaj jest neutralne dla gospodarki. Rzeczywiście, czasami powoduje zwiększony wzrost gospodarczy, ale czasami dzieje się coś odwrotnego. Ba, czasem podwyżki podatków – o ile idzie za nimi przemyślana wizja tego, na co one mają zostać przeznaczone, może powodować wzrost gospodarczy! Wszystko rozbija się o szczegóły: dla kogo je obniżamy (lub podwyższamy), które podatki zmieniamy i po co to robimy. W gospodarce w ogóle bardzo rzadko mamy do czynienia z automatyzmami. Zazwyczaj po sformułowaniu jakiegoś osądu można wziąć głębszy oddech i kontynuować: “ale z drugiej strony”...

Spór o gospodarkę: nic nowego

Wydawało się, że gospodarka będzie w tych wyborach najważniejsza. Po tych ostatnich tygodniach mam wrażenie, że kwestie ekonomiczne gdzieś nam uciekły. Przykryły je kwestie politycznych tożsamości oraz mobilizacja emocji.

Łukasz Komuda: Może dlatego, że ramy tej debaty znane są od 20 lat. Po jednej stronie mamy Jarosława Kaczyńskiego i jego wyidealizowany porządek, w którym nie ma wielkich koncernów prywatnych i biznesmenów. Bo zagraniczne podmioty będą mieszały w jego planach i wysysały z Polski kapitał, czemu trudno zaprzeczać. A polskie wielkie prywatne przedsiębiorstwa są na cenzurowanym, bo musiały dojść do swoich rozmiarów w najlepszym razie półlegalnie. Potężna może być tylko spółka Skarbu Państwa, w pełni kontrolowana przez zaufanych ludzi prezesa Polski i finansująca różne jego pomysły – wtedy nie budzi niepokoju. Dla prywatnego sektora Kaczyński zostawiłby sferę małych i średnich przedsiębiorstw.

A jaką wizję ma lewica, konkurując z PiS-em na solidaryzm państwowy? Łukasz Komuda: Zgoła inną, szczególnie ważny ideowo jest tu komponent Razem. Tu pojawia się ważna rola spółek Skarbu Państwa – szczególnie w różnie zdefiniowanych obszarach strategicznych oraz przestrzeniach, gdzie pojawiają się monopole. Ale nie skreśla się prywatnego wielkiego biznesu z góry, także tego z zagranicznym kapitałem. Cały biznes – szczególnie ten duży, prywatny i publiczny – ma po prostu podlegać czujnemu oku publicznych instytucji nadzoru, regulacjom podobnym do tych w krajach Zachodniej Europy, oraz wyższemu opodatkowaniu. Zwyczajne, banalne, socjaldemokratyczne spojrzenie na ekonomię. W Niemczech czy Francji taka wizja gospodarki w ogóle nie byłaby lewicowa, a raczej centrowa. No, ale my jesteśmy tak przesunięci w poglądach gospodarczych w stronę liberalizmu, że dopiero w ostatnich latach takie postulaty przestały być uważane za ekscentryczne. Takie, za którymi tuż, tuż czają się już czerwone sztandary, lotne patrole bolszewików etc.

Wiara w wolny rynek

Tutaj konkurencyjną linię argumentacji i wartości przedstawiają liberałowie, a jednak to z nimi przyjdzie lewicy tworzyć rząd, czy tego chce, czy nie. Choć i tutaj są pęknięcia. Petru dąży do skrajnej liberalizacji usług publicznych oraz prywatyzacji, a Hołownia się od tego odżegnuje. Podobne kraksy zdarzają się jednak również w Konfederacji. Bosak na debacie mówił o strategicznych spółkach skarbu państwa, podczas gdy Mentzen raczej deklaruje podobny kierunek zmian co Petru. Łukasz Komuda: Tak. Pozostali gracze – KO, Trzecia Droga wraz z jej częściami składowymi, ale też Konfederacja – reprezentują jakże polską wiarę w wolnorynkowy kapitalizm. Czyli wiarę w prywatyzację wszystkiego lub prawie wszystkiego, pozostawienie sfery produkcji towarów i dostarczania usług siłom popytu i podaży, jakby oligopole i monopole nie istniały, a strategiczność wybranych branż była zawsze dyskusyjna, więc zazwyczaj pomijalna. Polacy są w końcu czempionami wolnorynkowego kapitalizmu: w ksiażce Rainera Zitelmanna “W obronie kapitalizmu” nawet Amerykanie nie są tak gospodarczo liberalni jak my.

Poglądy przeciętnego Niemca plasują się zaś w oczach przeciętnego Polaka chyba w przestrzeni “bolszewickiej mentalności”.

Może ten zabetonowany już wiele lat temu zestaw trzech wizji świata zużył i znudził się wyborcom na tyle, że nie ma szans pociągnąć kampanii wyborczej. Dlatego spin doktorzy unikają ekonomii jako przestrzeni, na której można zdobywać wyborców.

Wszystkie partie się socjaldemokratyzują

A co łączy w zdecydowanej większości programy polityczne na wybory 2023 roku?

Kamil Fejfer: W tym miejscu z kolei mam dwie refleksje. Po pierwsze, że przynajmniej na poziomie partyjnych dokumentów, jakimi są programy polityczne, wygrywa język socjaldemokratyczny. Każda partia lub koalicja, poza Konfederacją oczywiście, w jakimś stopniu się do niego odwołuje. Każda partia mówi o mieszkaniówce, o edukacji, o służbie zdrowia, problemach seniorów i osób z niepełnosprawnościami.

Druga refleksja jest już mniej pokrzepiająca. Partie prawdopodobnie nie traktują sowich programów przesadnie poważnie. PDF przyjmie wszystko. To, co z tych koncepcji zostanie po wyborach, zależy nie tylko od sprawności wdrażania poszczególnych pomysłów, ale też od rozmów koalicyjnych i tego, co będą priorytetyzować silniejsze frakcje.

W programach możemy więc mieć dobre pomysły na mieszkalnictwo, ale co z nich zostanie za cztery lata? Zakładając oczywiście, że tyle przetrwa nowy parlament. Być może ciekawszym jest pytanie: kto będzie pamiętał jakie te pomysły były? Pamiętacie dwutygodniową prognozę pogody sprzed dwóch tygodni? A no właśnie.

***

Łukasz Komuda – ekonomista, do 2012 roku związany z mediami, dziennikarz i m.in. zastępca redaktora naczelnego miesięcznika “Businessman.pl”. Od ponad dekady w Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, gdzie pełni stanowisko eksperta rynku pracy. Jest członkiem rady Fundacji Aktywizacja oraz rady eksperckiej Orange Digital Center. Regularnie współpracuje m.in. z agencją zatrudnienia Randstad, Komitetem Dialogu Społecznego przy Krajowej Izbie Gospodarczej oraz Regionalnym Centrum Polityki Społecznej w Łodzi. Tłumacz z języka angielskiego – przełożył „Finanse po zawale. Od euforii finansowej do gospodarczego ładu” Paula Dembinskiego oraz „Kryzys ekonomiczny i kryzys wartości” Simony Beretty i Paula Dembinskiego. Współautor podcastu „Ekonomia i cała reszta”.

Kamil Fejfer – dziennikarz i analityk piszący o ekonomii i gospodarce. Współtwórca podcastu i kanału na YouTube „Ekonomia i cała reszta”. Autor książek „O kobiecie pracującej” oraz „Zawód”. Pisze (i opowiada) o nierównościach społecznych, rynku pracy, zmianach cywilizacyjnych, historii podboju kosmosu i popkulturze. Współpracuje z Gazetą Wyborczą, Krytyką Polityczną, Miesięcznikiem Znak, NOIZZem, WP, Magazynem Pismo.

;
Wojciech Albert Łobodziński

ur. 1998, dziennikarz polityczny, tłumacz naukowy, studiujący filozofię na Uniwersytecie Warszawskim i Università degli Studi Roma Tre oraz zarządzanie biznesem na grande école Ecole des Hautes Etudes Commerciales du Nord w Lille. Publikuje również w języku angielskim, włoskim, bułgarskim i hiszpańskim. Między innymi w: Left.it, Cross-Border Talks, Mundo Obrero.

Komentarze