Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Wyborcza.plFot. Dawid Zuchowicz...

W czwartek 30 kwietnia 2026 Sejm będzie głosował nad wotum nieufności dla ministry klimatu i środowiska Pauliny Hennig-Kloski. Polityczka odeszła niedawno z Polski 2050, a razem z pozostałymi parlamentarzystami odcinającymi się od partii Szymona Hołowni, założyła Klub Centrum.

Zawirowania w Polsce 2050 zbiegły się w czasie z kolejnym już wnioskiem opozycji o odwołanie ministry klimatu. Po raz pierwszy jednak wniosek o wotum nieufności złożyła wspólnie Konfederacja i Prawo i Sprawiedliwość – w sumie prawie 100 posłów i posłanek. Polska 2050 dołącza do ataku na Hennig-Kloskę, a poseł tej partii Bartosz Romowicz regularnie publikuje posty na X, namawiając do głosowania za wotum nieufności.

View post on Twitter

Według posła Romowicza nawet śmiertelny atak niedźwiedzia na zbieraczkę poroży na Podkarpaciu jest argumentem za odwołaniem Pauliny Hennig-Kloski. Krzysztof Bosak z Konfederacji zarzuca ministrze „fanatyczne” wdrażanie polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Posłowie wnioskujący o wotum nieufności piszą o „sabotażu państwa przez próbę oparcia suwerenności energetycznej na odnawialnych źródłach energii”. Punktują zastój w programie Czyste Powietrze i „chaotyczne decyzje oraz brak spójnej strategii w zakresie gospodarki leśnej”.

Koleżanki i koledzy z klubu parlamentarnego przed głosowaniem w sprawie wotum nieufności opublikowali na portalu X filmik, w którym wymieniają sukcesy Pauliny Hennig-Kloski: modernizację sieci elektroenergetycznej, system kaucyjny czy program usuwania odpadów niebezpiecznych. „Paulina Hennig-Kloska jest pracowita i jest boska” – podsumowuje poseł Norbert Pietrykowski.

W OKO.press przyglądamy się pracy ministry klimatu i środowiska, która kieruje resortem od początku kadencji. Co się faktycznie udało, co jest porażką, a czego brakuje?

Jak idzie „naprawianie” łowiectwa?

Na początku 2024 roku ministra Hennig-Kloska razem z wiceministrem Mikołajem Dorożałą ogłosili, że będą dążyć do zmian w łowiectwie. Zaczął się trudny dialog ze środowiskiem myśliwych, powołano pierwszy w historii zespół, w którym spotkali się społecznicy, naukowcy i przedstawiciele Polskiego Związku Łowieckiego.

Problem w tym, że zespół nie był w stanie wypracować żadnych wspólnych rozwiązań. Nie znaleziono ani jednego tematu, przy którym obie strony sporu – łowiecka i antyłowiecka – mogłyby podać sobie ręce. Nie ma więc ograniczeń w polowaniach na dziki, w tym ciężarne lochy i matki z młodymi. Nie ma obowiązkowych badań lekarskich i psychologicznych dla myśliwych (choć poselski projekt ustawy w tej sprawie jest w Sejmie). Informowanie społeczeństwa o polowaniach zbiorowych nadal kuleje.

Pracowano również nad zakazem polowań na ptaki. Komunikaty MKiŚ w tej sprawie były sprzeczne – raz z listy gatunków łownych miało zniknąć siedem gatunków, potem cztery. Przez miesiące rozporządzenie w tej sprawie czekało na podpis ministry.

Udało się pod koniec września 2025 – z listy finalnie zniknęło pięć gatunków ptaków: jarząbki, głowienki, czernice, słonki i łyski.

Jest to niewątpliwie sukces, ale nadzieje związane z reformą łowiectwa były znacznie większe. Zespół ds. reformy rozwiązano, zastąpiła go dziewięcioosobowa grupa ekspertów – wśród nich nie ma ani aktywistów, ani przedstawicieli PZŁ. Czy to dobra zmiana? Na razie nie można odpowiedzieć na to pytanie – nowy zespół ma czas do 30 czerwca na przedstawienie swoich rekomendacji.

Ministerstwo w kwestii łowiectwa chce również zakazania polowań w otulinie Parku Narodowego Ujście Warty – to zmiana pozytywnie oceniana przez przyrodników i ornitologów. Ministra wciąż jednak nie podpisała rozporządzenia w tej sprawie.

Przeczytaj także:

„Chaotyczna” gospodarka leśna?

Koalicja rządząca jeszcze w trakcie kampanii wyborczej obiecywała „wyłączenie 20 proc. najcenniejszych lasów z wycinek”. Na początku 2024 roku MKiŚ ogłosiło tymczasowe moratorium na wycinki w 1,3 proc. lasów zarządzanych przez Lasy Państwowe.

Moratorium miało obowiązywać do 30 czerwca 2024. Później termin wydłużono do 30 września, a we wrześniu – do czasu aż LP „wprowadzą systemowe rozwiązania chroniące najcenniejsze przyrodniczo lasy”. Na to wciąż czekamy – a od tamtych zapowiedzi ministra Hennig-Kloska zdążyła odwołać dyrektora LP Witolda Kossa i zastąpić go Adamem Wasiakiem. Co więcej, w połowie 2025 roku teren moratorium zrewidowano i zmniejszono – dziś jest to mniej niż procent obszarów, którymi zarządzają Lasy Państwowe.

Co jeszcze przez ostatnie 2,5 roku działo się w sprawie lasów? MKiŚ zwołało dwie Ogólnopolskie Narady o Lasach, gdzie spotykali się naukowcy, samorządowcy, leśnicy i społecznicy. Mieli pracować nad ochroną 20 proc. lasów i wyznaczeniem lasów społecznych wokół 14 dużych miast. Miały to być tereny, które niekoniecznie mają dużą wartość przyrodniczą, ale są ważnym miejscem odpoczynku i rekreacji mieszkańców. W grudniu 2025 MKiŚ informowało, że „zakończyło się już wyznaczanie granic lasów społecznych”. Efektów jeszcze nie widać.

Co z wyrokiem TSUE?

Resort Pauliny Hennig-Kloski pracuje również nad nowelizacją ustawy o lasach – trwa to już ponad rok, a ustawa wciąż nie została przyjęta. Tymczasem polski rząd ponagla Komisja Europejska. Ustawa miała dostosować przepisy do wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, który w 2023 roku orzekł, że Polska łamie unijne prawo, nie dając społeczeństwu możliwości zaskarżania do sądu planów urządzenia lasu (PUL). PUL to dokument przygotowywany w nadleśnictwach raz na 10 lat, który określa liczbę i zasięg wycinek oraz innych prac.

„Problem polega na tym, że rządowa nowelizacja ustawy o lasach (rząd zajmuje się nią od 2024 roku) nie wykonuje tego wyroku, a w praktyce próbuje go obejść. Projekt jest krytykowany jednocześnie przez organizacje społeczne, prawników i ekspertów ochrony przyrody – co samo w sobie pokazuje skalę problemu” – wskazywała w lutym 2026 Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot.

Sprawa jest w toku – w Rządowym Centrum Legislacji 21 kwietnia 2026 pojawiły się uwagi do tego projektu. To oznacza, że wciąż długa droga do opracowania i przegłosowania finalnej ustawy.

Rezerwaty i park narodowy, który nie powstał

Poza otwarciem się na dyskusję (co – jak w przypadku spraw łowieckich – mogło przynieść znacznie lepsze efekty), sukcesem na pewno jest boom na nowe rezerwaty. W grudniu 2025 roku MKiŚ informowało o 140 rezerwatach powołanych od początku kadencji, a z miesiąca na miesiąc ta liczba rośnie. Dla porównania: w latach 2013-2022 rocznie powstało nie więcej niż 10 rezerwatów.

Rezerwaty powołują Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska i to one – a nie resort klimatu – przeprowadzają cały proces. Nie da się jednak nie zauważyć, że polityczny klimat wokół rezerwatów jest znacznie lepszy niż przez ostatnie kilkanaście lat. Podkreślmy: jest to najskuteczniejsza forma ochrony przyrody w momencie, w którym tworzenie parków narodowych jest praktycznie zablokowane przez samorządowe weto.

Weta nie zgłaszała większość gmin, na których terenie miał powstać Park Narodowy Doliny Dolnej Odry. Od 25 lat żaden projektowany park narodowy nie był tak blisko powołania – ustawę w tej sprawie przygotował resort klimatu, a przegłosował Sejm i Senat. Ochronę Doliny Dolnej Odry uniemożliwił jednak prezydent Karol Nawrocki.

„Nie poddajemy się. Tworzymy plan B. Na stole mamy wiele możliwych rozwiązań, bo naszym stałym celem jest zwiększenie ochrony obszaru Międzyodrza” – mówiła po wecie Hennig-Kloska. Na początku 2026 roku ogłoszono, że tereny Międzyodrza należące do Szczecina i Kołbaskowa będą zamiejscowym obszarem Drawieńskiego Parku Narodowego. „W tym samym czasie trwają prace nad ustawą tworzącą Park Narodowy Doliny Dolnej Odry na terenie gminy Widuchowa zgodnie z wolą lokalnych władz” – podaje resort.

Trudny start kaucji

Sprawą wprowadzenia systemu kaucyjnego zajęła się wiceministra klimatu Anita Sowińska. Była to zaległość, którą resort klimatu odziedziczył po rządzie PiS, a którą wprowadzić musiał – obowiązek wprowadzenia kaucji nałożyła na nas unijna dyrektywa Single-Use Plastics (SUP). Ustawa w tej sprawie została przyjęta jeszcze pod koniec poprzedniej kadencji, w 2023 roku, a sama kaucja miała zacząć obowiązywać od 1 stycznia 2025.

Na początku kadencji rządu Tuska okazało się, że ustawa wymaga poprawek. Prace nad nowelizacją się przedłużały. „Nowy rząd miał za zadanie wprowadzić tylko kilka poprawek i wdrożyć system od początku 2025 r. Jest jesień 2024 r. i wciąż nie wiadomo co się dzieje z ustawą” – pisała grupa Rodzice dla Klimatu w liście do premiera.

Finalnie system kaucyjny zaczął obowiązywać rok później, od 1 października 2025 – ale był powolny start, bo w sklepach dopiero ustawiano automaty do oddawania opakowań, a na półkach nie było jeszcze butelek kaucyjnych ze specjalnie oznaczonymi etykietami.

Tak naprawdę system zaczął działać od początku 2026 roku i również nie bez problemów: nieczynne i zapchane automaty, opakowania kaucyjne stojące na półkach obok niekaucyjnych, dezorientacja pracowników sklepów. Mimo to resort klimatu wylicza, że do końca marca 2026 Polki i Polacy zwrócili blisko 520 mln opakowań. Do automatów ustawiają się kolejki – które z jednej strony pokazują zainteresowanie, a z drugiej mogą odstraszać przed korzystaniem z automatów kaucyjnych.

„Mamy jeden problem. Ludzie kumulują się tam, gdzie są automaty. I 80 procent zwrotów dokonywanych jest w 20 procentach punktów, gdzie są automaty. I przez to mamy kolejki i przepełnione automaty” – przyznała Paulina Hennig-Kloska w TVN24. „Miałam spotkanie z przedsiębiorcami – i z przedstawicielami również punktów handlowych, i operatorów – i po raz kolejny apelowałam o zwiększanie automatyzacji, skoro jest taka ludzka potrzeba. Albo też lepsze oznakowanie tych ręcznych punków odbioru” – dodała.

Resort pracuje nad rozszerzeniem systemu (mają być nim objęte również butelki po alkoholu, których na razie nie można wrzucać do automatów).

Paraliż Czystego Powietrza

Przyjmowanie wniosków o dofinansowanie w ramach Czystego Powietrza zostało w 2024 roku zawieszone. Ministerstwo wyjaśniało wtedy, że program, który miał pomóc w walce ze smogiem, trzeba posprzątać po PiS-ie.

Resort klimatu zarzucał poprzednikom brak odpowiedniego nadzoru i dopuszczenie do wielu nieprawidłowości przy realizacji. Chodziło m.in. o nawet kilkunastokrotne zawyżanie cen urządzeń i montaż instalacji bez możliwości ich podłączenia do źródła zasilania. „Informacje pokazują pewien schemat działania, który może przypominać sposób działania zorganizowanej grupy przestępczej” – komentowała Paulina Hennig-Kloska.

W sprawie sam resort złożył – jak mówi ministra – „kilkaset zawiadomień do prokuratury”. Zajmuje się nią Centralne Biuro Antykorupcyjne, które w kwietniu 2026 weszło do MKiŚ i bada działanie programu od 2021 roku.

„Zwracałam się do ministra sprawiedliwości Adama Bodnara, później do Waldemara Żurka, by objęli szczególnym nadzorem te postępowania ze względu na różnorodność i rozdrobnienie spraw” – podkreślała Hennig-Kloska na konferencji prasowej.

Program ponownie ruszył w 2025 roku, ale niestety nie bez problemów. W grudniu w OKO.press Szymon Bujalski opisywał, że gminy apelują o kolejne poprawki w Czystym Powietrzu, bo na razie program grzęźnie w biurokracji:

Portal SmogLab podawał, że „w pół roku od momentu ponownego uruchomienia dotacji obywatele złożyli jedynie 33,8 tys. wniosków (od 1 kwietnia do 26 września 2025). To tyle, ile w poprzednich latach składano w okresie niecałych dwóch miesięcy”.

Wyliczał, że od kwietnia do września 2024 roku złożono niemal 157 tys. wniosków. „To oznacza, że zainteresowanie programem spadło o około 80 proc. rok do roku” – czytamy. Jeśli takie tempo się utrzyma, stare węglowe piece będą zatruwać powietrze jeszcze przez 35 lat – mimo że według założeń Czyste Powietrze miało usunąć kopciuchy do 2032 roku.

Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej proponuje zmiany w programie, które mają go usprawnić. Do połowy marca trwały konsultacje w tej sprawie. Według zapowiedzi pierwsze zmiany w Czystym Powietrzu mają zacząć obowiązywać od lipca.

Kryzys pelletowy

Z Czystym Powietrzem łączy się jeszcze jeden problem – najpopularniejszym źródłem ciepła, na jaki decydują się beneficjenci, są kotły na pellet, czyli granulki wytwarzane głównie z odpadów powstałych przy produkcji mebli.

W ubiegłym sezonie grzewczym do składów opału zaczęły jednak ustawiać się kolejki, a w wielu miejscach pelletu zaczęło brakować. Co więcej, cena za tonę drastycznie wzrosła. W 2024 roku było to ok. 1300-1500 zł za tonę, a w sezonie 2025/2026 ceny sięgały nawet 2,5 tys. zł.

Skąd popyt i wzrost cen? Pierwszym czynnikiem był boom na kotły tego typu dzięki dopłatom z Czystego Powietrza. Ale powodów jest więcej: spadek produkcji mebli oraz przepisy przyjęte przez MKiŚ znacząco ograniczające spalanie pełnowartościowego drewna w energetyce. W efekcie zakłady energetyczne zostały zmuszone do poszukiwania drobnego drewna z tych samych źródeł, z których korzystają producenci pelletu. Popyt wzrósł, pelletu brakło, ceny wystrzeliły do góry.

Sprawie przyjrzał się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Wykazał, że rząd miał świadomość możliwości wystąpienia kryzysu, przyjmując rozporządzenie w sprawie spalania drewna.

Trzeba podkreślić, że rozporządzenie spełniało jedną z przedwyborczych zapowiedzi koalicji rządzącej. To ważna i potrzebna zmiana, która może uchronić nas przed spalaniem drewna z polskich lasów do produkcji energii. Problem w tym, że sposób wprowadzenia rozporządzenia i brak przygotowania na konsekwencje spowodował kryzys w środku wyjątkowo mroźnej zimy.

Problemy z ETS

Posłowie Konfederacji i PiS we wniosku o wotum nieufności dla Pauliny Hennig-Kloski zarzucają ministrze „sabotaż państwa przez próbę oparcia suwerenności energetycznej na odnawialnych źródłach energii”, „działania na rzecz lobby wiatrakowego i OZE”, „forsowanie rozwoju farm morskich”, a także „brak działań na rzecz ograniczenia negatywnych skutków unijnej polityki klimatycznej dla Polski, szczególnie w zakresie systemu EU ETS”.

Zacznijmy więc od końca. System ETS, czyli handel uprawnieniami do emisji CO2 w ostatnich miesiącach był przedmiotem politycznej debaty. Kandydat na premiera z ramienia PiS Przemysław Czarnek ogłosił, że jego rząd by z ETS się wypisał – co jest niemożliwe, bo udział w tym systemie jest obligatoryjny dla wszystkich krajów UE. Co więcej, Polska na tym systemie zarabia – w 2024 i 2025 roku było to w sumie ponad 32 mld złotych.

Problem z ETS jest zupełnie inny, niż to, co próbuje wmówić nam prawica, skupiająca się na swoich pomysłach „likwidacji” systemu.

Rząd Donalda Tuska i zajmujący się ETS resort klimatu źle wydają środki, które spływają do nas w ramach handlu emisjami. To pieniądze, które miały wspierać ochronę klimatu. Tymczasem ich znaczna większość trafia do budżetu państwa. Na projekty proklimatyczne przeznaczono 0,1 procent z otrzymanej kwoty.

Według unijnych zasad, po 2023 roku 100 proc. środków powinno iść na cele proklimatyczne.

Baltic Power

Wiatraki na morzu, o których wspominają posłowie wnioskujący o odwołanie ministry Hennig-Kloski, to projekt, który nabrał tempa za czasów PiS (!). W 2020 roku przyjęto ustawę „o promowaniu wytwarzania energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych”, zaczęły się również przygotowania do postawienia pierwszych wiatraków na Bałtyku. Baltic Power, bo tak nazwano projekt, jest realizowany Grupę ORLEN i Northland Power i jest ogromną szansą dla Polski na stabilne, niekontrowersyjne i czyste źródło energii. Zapoczątkowanie tej inwestycji było jednym z sukcesów partii, która dziś używa projektu jako argumentu przeciwko ministrze klimatu.

MKiŚ kontynuuje ten projekt, pod koniec 2025 roku znowelizowano ustawę w tej sprawie, a w styczniu 2026 ruszyła budowa. Docelowo ma być to 76 turbin wiatrowych. „Farma o mocy zainstalowanej ok. 1,2 GW i szacowanej rocznej produkcji ok. 4 TWh będzie w stanie pokryć nawet 3 proc. krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną, co odpowiada potrzebom ponad 1,5 miliona gospodarstw domowych” – czytamy na stronie Baltic Power.

Afery wiatrakowe

A co z wiatrakami na lądzie?

Tutaj znowu problem leży zupełnie gdzie indziej, niż widzi to prawica. We wniosku mowa jest o ataku na suwerenność państwa (?) przez inwestowanie w OZE. W rzeczywistości potrzebujemy więcej czystej energii z wiatru – a obecne przepisy, będące spadkiem po rządzie PiS, wciąż utrudniają stawianie wiatraków.

Paulina Hennig-Kloska jeszcze przed objęciem stanowiska zapowiedziała zmiany w prawie i przybliżenie wiatraków do zabudowań. Miała być to wrzutka do ustawy o cenach energii. Wybuchła z tego, nakręcana przez PiS, afera. Spekulowano nawet, że Hennig-Kloska stanowiska w rządzie jednak nie dostanie. To jednak z dzisiejszej perspektywy historia, którą można odświeżyć sobie na przykład tutaj:

MKiŚ przygotowało później ustawę, która mogłaby odmrozić energię wiatrową w Polsce – obecnie wiatraki można stawiać minimum 700 metrów od zabudowań, co wyklucza dużą część terenu z takich inwestycji. Resort Hennig-Kloski proponował, by ta odległość zmniejszyła się do 500 m – eksperci wskazują, że to odblokowałoby szanse na stawianie wiatraków, a jednocześnie turbiny nie byłyby uciążliwe dla mieszkańców.

Ten potrzebny projekt został jednak zawetowany przez prezydenta Karola Nawrockiego. Na początku roku MKiŚ przedstawiło „plan B”. Z projektu usunięto odległości. Zaproponowano za to łatwiejsze procedury uzyskiwania zezwoleń na stawianie farm wiatrowych. Trwają prace nad projektem, zakończył się etap uzgodnień międzyresortowych.

Odra, Puszcza, ETS-y

Co jeszcze wydarzyło się przez prawie 2 i pół roku pracy ministerstwa pod kierownictwem Pauliny Hennig-Kloski? Podsumujmy krótko.

Na plus:

  • stworzenie planu dla Puszczy Białowieskiej, który został przedstawiony UNESCO. „„Plan […] jednoznacznie eliminuje największe zagrożenie dla Puszczy Białowieskiej, jakim jest gospodarka leśna, czyli sztuczne przekształcanie lasu przez człowieka i ciągłe zaburzanie naturalnych procesów” – komentował prof. Michał Żmihorski, członek Państwowej Rady Ochrony Przyrody;
  • przekazanie 300 mln zł na usuwanie odpadów niebezpiecznych. Pod koniec 2025 roku MKiŚ informowało o 25 gminach, które skorzystały z dofinansowania;
  • nabór na pilotaż innowacyjnych technologii, które mają ograniczyć zasolenie Odry. W tym roku MKiŚ chce przeznaczyć na ten cel 68 mln zł – podała wiceministra klimatu Urszula Zielińska. „To pierwszy krok w kierunku szerokich, systemowych działań i uzupełnienie intensywnych prac prowadzonych od ponad dwóch lat przez Międzyresortowy Zespół ds. Odry” – mówiła.

Ministerstwo Klimatu zajmowało się również systemem ETS2, który chciała wprowadzić Bruksela i który miał objąć m.in. gospodarstwa domowe, co przełożyłoby się na wyższe rachunki. Wiceministrowi klimatu Krzysztofowi Boleście udało się – jak sam to określił – wybić zęby nowej opłacie klimatycznej.

O eksperckim dwugłosie w tej sprawie pisaliśmy w OKO.press:

Dużo emocji wywołuje również sprawa koni wożących turystów nad Morskie Oko. Ministra klimatu obiecywała, że zwierzęta zostaną zastąpione na większości trasy przez busy elektryczne od początku 2026 roku. Tak się nie wydarzyło, a konie dalej kursują na całej drodze do Morskiego Oka.

Brak zgody w rządzie

Trzeba wspomnieć jeszcze o dwóch głosowaniach na forum UE, które pokazały, że Paulinie Hennig-Klosce brakuje siły przebicia.

Chodzi o rozporządzenie dotyczące odbudowy zasobów przyrodniczych, które resort chciał poprzeć – ale premier Tusk miał na ten temat inne zdanie. Głos MKiŚ okazał się za słaby, nie udało się przekonać rządu do poparcia potrzebnych regulacji. Polska była jednak w mniejszości, a rozporządzenie zostało przyjęte.

Drugim zgrzytem wewnątrz rządu było głosowanie w sprawie obniżenia statusu ochronnego wilka. Najpierw odbyło się głosowanie w sprawie zapisów ponadunijnej Konwencji Berneńskiej – Polska poparła wniosek o słabszą ochronę, mimo że MKiŚ miało w tej sprawie inny pogląd. Podczas wilczego głosowania w UE Ministerstwo przeforsowało zmianę stanowiska na „neutralne”. Kulisy tej sprawy można znaleźć tutaj:

Pod większością z rozpoczętych przez MKiŚ spraw puenta wydaje się taka sama: czekamy na efekty. To odnosi się zarówno do prac nowego zespołu łowieckiego, ochrony Międzyodrza, wiatraków na lądzie czy zmian w Czystym Powietrzu. Wiele procesów – jak te dotyczące gospodarki leśnej – trwa bardzo długo, a końca wciąż nie widać.

Można wytłumaczyć to brakiem zgody w koalicji rządzącej – partie mają zupełnie różną perspektywę na ochronę przyrody i klimatu, co utrudnia dialog. Można jednak oczekiwać więcej od ministry, której dawne ugrupowanie wchodziło do Sejmu z zielonymi postulatami na ustach.

Jeśli Paulina Hennig-Kloska utrzyma się na stanowisku, będzie miała nieco ponad rok na dokończenie wszystkich otwartych przez resort spraw. Pytanie, czy to w ogóle możliwe.

Na zdjęciu Katarzyna Kojzar
Katarzyna Kojzar

Dziennikarka, reporterka, redaktorka, współkierowniczka działu społeczno-gospodarczego (razem z Jakubem Szymczakiem). Zarządza również pracą zespołu klimatycznego. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim prawami zwierząt, ochroną rzek, lasów i innych cennych ekosystemów, a także sprawami dotyczącymi łowiectwa, energetyki i klimatu. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu, laureatka Polsko-Niemieckiej Nagrody Dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego za reportaż o Odrze i nagrody Fundacji Polcul im. Jerzego Bonieckiego za "bezkompromisowość i konsekwencję w nagłaśnianiu zaniedbań władz w obszarze ochrony środowiska naturalnego". Urodziła się nad Odrą, mieszka w Krakowie.

Komentarze