Jak nas władza PiS załatwiła. Raport, którego rząd Tuska nie opublikował, łamiąc prawo
Władza PiS z premedytacją działała na szkodę państwa. Niszczyła społeczeństwo obywatelskie, choć wiedziała, jak jest ważne. Używała policji wbrew zasadom. Pobrała dane o sieciach obywatelskich Pegasusem i trafiły one za granicę. To wynika z 1600-stronnicowego raportu Komisji Sylwii Gregorczyk-Abram. Którego obecna władza nie opublikowała, choć musiała.
Co wynika z raportu? Że porządne rozliczenia, które mogłyby zatrzymać proceder tłamszenia społeczeństwa obywatelskiego, są mało prawdopodobne. Konieczne zmiany prawa w większości zablokuje prezydent Nawrocki, a mechanizmy uprzykrzania ludziom życia nadal istnieją. Czego zresztą dowiodło samo Ministerstwo Sprawiedliwości Waldemara Żurka, przeciągając publikację raportu.
Raport znamy dzięki Obywatelom RP, którzyopublikowali go na Facebooku. Ministerstwo Sprawiedliwości zignorowało wniosek OKO.press o informację publiczną. Niby drobiazg, ale co władzy zrobisz?
O tym jednak później, bo tego, co raport Komisji badającej naciski na społeczeństwo obywatelskie w latach 2015-23, ujawnia, nie sposób zlekceważyć. A sposób, w jaki Ministerstwo potraktowało raport, sprawia, że nikt już nie przeczyta, co tam jest. A jest tam m.in. niepublikowana do tej por część policyjno-podsłuchowa.
1600 stron analiz wpadło w czarną dziurę
Komisja powołana w 2024 r. pracowała pod kierownictwem Sylwii Gregorczyk-Abram, dziś rzeczniczki praw obywatelskiej. Przedstawiła opinii publicznej dwa raporty cząstkowe (o roli mediów państwowych w atakowaniu obywateli i o nacisku sądowym i prawnym). Pełną wersję, wraz z częścią o zachowaniu policji i służb przekazała premierowi 30 czerwca 2026 r. i zakończyła działanie.
W rozporządzeniu powołującym Komisję nie ma nic o publikacji raportu. Jak się dowiadujemy nieoficjalnie, obsługujący Komisję resort sprawiedliwości chciał zrobić konferencję prasową i tam pokazać 1600-stronicowy raport. Ale terminy się nie składały.
W końcu Obywatele RP, jedni z wielu bohaterów raportu, nie wytrzymali i raport wsadzili do sieci. Z gorzkim komentarzem: „Nie wiemy, czy Premier opublikować raportu Komisji nie chce, czy w natłoku innych zadań o nim zapomniał. Nie wiemy, czy przedmiot prac Komisji uznaje za ważny, czy niemający politycznego znaczenia. Szczerze mówiąc, nie interesuje nas to.
Prace Komisji kosztowały podatników 2 481 266,69 zł. Działalność Komisji sfinansowali obywatele, a przedmiotem jej prac były represje skierowane przeciwko społeczeństwu obywatelskiemu. Jest dla nas oczywistym, że obywatele mają prawo poznać oraz ocenić raport i rekomendacje Komisji”
Sprawy grube i mnóstwo drobiazgów
Raport zbiera fakty, relacje i analizy dotyczące nacisku władzy na ludzi, którzy zabrali głos w debacie publicznej i protestowali przeciwko temu, co robi PiS w latach 2015-23.
Obywatele mieli prawo protestować. Ale władza miała narzędzia do tego, by ich wypchnąć z przestrzeni publicznej.
Nie były legalne – a przekroczenia prawa były zarówno poważne, jak i drobne, do tego stosowane na masową skalę.
W raporcie znajdziemy sprawy grube: szczucie w telewizji publicznej i podporządkowanych władzom mediach, kampanie nienawiści w sieci (raport nie bada niestety, jak i za jakie pieniądze były organizowane; mandat komisji tego nie obejmował), opowiadanie na policyjnej konferencji prasowej o intymnych zdrowotnych sprawach obywatela zapisanych w policyjnych bazach, używanie nielegalnego Pegasusa, zastraszanie sędziów, bicie na demonstracjach, represje w miejscach pracy, używanie nielegalnie pozyskanych danych osobowych do ataków na obywateli w sieci. Traktowanie pokojowych demonstracji, tak jakby były kibolską ustawką.
Ale są też sprawy drobne i dlatego przerażające: "Represje rzadko przybierały formę jednego spektakularnego aktu przemocy czy otwarcie politycznego procesu. Znacznie częściej miały charakter rozproszony i długotrwały. Składały się z wielu pozornie drobnych działań – legitymowania, wezwań na przesłuchania, wielokrotnych kontroli, przeszukań, postępowań mandatowych, nagłych zatrzymań, przeciągających się spraw sądowych, pokazowego użycia policji, a także działań medialnych wymierzonych w reputację aktywistów. Formalnie większość tych działań mieściła się w granicach prawa lub była przedstawiana jako rutynowe wykonywanie obowiązków przez instytucje publiczne. W praktyce jednak ich nagromadzenie tworzyło atmosferę ciągłej presji i niepewności” – tak raport definiuje istotę nacisku (s. 1404).
Nie wyjaśnia jednak, poza wyjątkami (komunikat stołecznego komendanta Policji Dobrodzieja ze słynnym „Działamy, nie negocjujemy” s. 352 raportu), kto personalnie za to odpowiada. Nie udało się znaleźć dowodów, że to działo się na rozkaz. Najwyraźniej wystarczyło wykorzystać kilku ambitnych i nadgorliwych, by system zadział.
Wydaje się więc, że władza mogła użyć całego aparatu przeciw obywatelom, dlatego, że udało jej się całkowicie rozproszyć odpowiedzialność.
Ja tam (prawie) nic złego nie robiłem
Mechanizm działał, bo władzy udało się też przekonać najbardziej gorliwych stronników, że nic im nie grozi. I do dziś nic tego przekonanie nie podważa. Sądy nadal działają wolno, a niekończąca się debata nad ich reformą nie poprawia sytuacji.
Sędziów z afery hejterskiej – którzy jak stwierdził UODO — łamali podstawowe konstytucyjne prawa obywatelskie, używając do internetowej nagonki na sędziów danych osobowych z ministerialnych teczek – chronią ich koledzy z Sądu Najwyższego, utrzymując ich immunitety.
Przeczytaj także:
Dopiero w 2026 r. sądowi udało się uniewinnić protestujących pod domem Kaczyńskiego po wyroku TK Przyłębskiej w 2020 r. z zarzutu czynnej napaści na policjantów. Ale to, że to policjanci tych ludzi napadli i poturbowali, a następnie złożyli fałszywe zeznania w śledztwie i przed sądem, nie jest jeszcze sprawą wymiaru sprawiedliwości. Bo wyrok uniewinniający nie jest jeszcze prawomocny (s. 962-968).
Zawiadomienia w sprawie stosowania Pegasusa i dopuszczenia go o użycia dopiero teraz poszły do prokuratury. Telewizyjni hejterzy (raport wymienia ich z nazwiska) nie muszą się przejmować infamią – w spolaryzowanym świecie ona nie działa.
Nie ma niezależnego Sądu Najwyższego. Trybunał Konstytucyjny nie istnieje, więc każda władza może sobie interpretować przepisy tak, jak chce. Każda władza.
Drobnych spraw się nie ściga
Co gorsza, wszystkie drobne przekroczenia, przewinienia i niedopatrzenia, nie są naprawiane. Każde z nich z osobna jest zbyt drobne, by się nimi przejmować. A to one tworzą system.
Policja, jak stwierdza raport, ledwie w 9 proc. przypadków ukarała policjantów, którzy wedle sądów nadużyli prawa przy zatrzymaniu i legitymowaniu (s. 1209 raportu). Poza tym wewnętrzny system kontroli nie wyciągnął wobec funkcjonariuszy konsekwencji dyscyplinarnych. Sądy, i tak przeciążone, nie informowały o wykrytych przez siebie nieprawidłowości prokuratury (drobne formalne zaniedbanie), więc nie wiadomo, czy ktokolwiek by z tym cokolwiek zrobił.
Wystawianie mandatów za protesty nie jest zbrodnią. A tego, że wystawiane są uporczywie, złośliwie (np. kilka osobnych spraw za udział w osobnym zgromadzeniu), na pierwszy rzut oka nie widać. Zjawisko masowego stosowania prawa wykroczeń przeciwko obywatelom zostało zidentyfikowane późno, a pomoc nie przyszła w wielu wypadkach na czas. Bo sprawa o 200 złotych za zorganizowanie protestu kobiet w małej miejscowości nie jest prawniczym wyzwaniem. Ale ofiarę ataku państwa, młodą osobę, może na zawsze zniechęcić do uczestnictwa w życiu publicznym.
Praca w mediach, które szczują, nie hańbi, jeśli człowiek sam osobiście niczego złego nie robi. Wyciągnięcie teczki personalnej w szkole czy w Ministerstwie Sprawiedliwości jest może niefajne, ale przecież to nie zbrodnia. Podobnie jak przekazanie komuś ważnemu danych z Sanepidu o stanie zdrowia protestującego obywatela. Przecież to ktoś inny zrobi z tych danych użytek i użyje w kampanii nienawiści w sieci i w telewizji.
Jednocześnie wszystkie te małe i drobne sprawy spinały się w jeden ciąg. Miałeś na pieńku z władzą? Mogła ci zafundować nie tylko sprawy sądowe, ale też szczucie w telewizji. Albo mnóstwo postępowań wykroczeniowych i kampanie nienawiści w twoich mediach społecznościowych. Zaatakować dziecko. Użyć sanepidu i kar administracyjnych pod zmyślonym powodem (a tu kary są naprawdę wysokie i to natychmiast egzekwowalne). Pozbawić dotację organizację, w której działasz.
Na co się zdała wiedza wicepremiera Glińskiego
Nie doszliśmy jeszcze do najgorszego.
Raport wspaniale opisuje to, jak pod naciskiem władzy organizowało się społeczeństwo obywatelskie. Naprzeciw nielicznym przecież karierowiczom wyszli ludzie przekonani, że zwykła przyzwoitość wymaga od nich działania.
Sieci obywatelskiego protestu i samopomocy (oraz pomocy Ukrainie) nie były rewolucyjne. Ludzie, którzy stanęli w obronie sądów, mediów publicznych, Puszczy Białowieskiej, praw kobiet, „postrzegali swoje działania jako próbę ratowania państwa prawa, Konstytucji, sądów i podstawowych norm demokratycznych. Nawet najbardziej radykalne formy protestu były przez nich rozumiane jako działania obronne, podejmowane w sytuacji, gdy legalne i instytucjonalne mechanizm y kontroli władzy przestawały działać” (s. 1404).
„W relacjach starszych rozmówców szczególnie silnie obecny był język obowiązku obywatelskiego i gotowości ponoszenia kosztów działalności publicznej. Młodsze osoby częściej mówiły o emocjonalnych i psychicznych skutkach wieloletniego funkcjonowania pod presją państwa” (s. 1413).
Ludzie, którzy włączyli się do obywatelskiego działania i protestów, mieli najcenniejsze w dzisiejszych czasach kompetencje: byli związani z zawodami opiekuńczymi, sztuką i pomocą. Kluczowi byli ci, którzy tworzyli obywatelskie zaplecze protestów. Dziś zupełnie minimalizują swoje znaczenie („ja tylko przychodziłam”, „robiłam zdjęcia”, „stałam na dyżurach”, „byłam obecna”). „W rzeczywistości to właśnie oni tworzyli trwałą tkankę ruchów obywatelskich. Podtrzymywali wspólnotę, organizowali codzienność protestu, zapewniali ciągłość obecności pod sądami, telewizją publiczną czy podczas miesięcznic. Bez takich osób wieloletnie protesty nie mogłyby istnieć. Ich działalność rzadko miała charakter spektakularny, ale to oni budowali społeczne zaplecze oporu” (s. 1403).
Władza wiedziała, jak to dla państwa jest ważne.
Ministrem i wicepremierem w rządach PiS było profesor Piotr Gliński, który zajmował się społeczeństwem obywatelskim jako socjolog. Autorzy raportu przypominał, co pisał, gdy był naukowcem, nie politykiem:
„To właśnie organizacje pozarządowe, różnorodne stowarzyszenia, fundacje, fundusze lokalne, kluby, wspólnoty obywateli decydują w znacznej mierze o demokracji, w istocie zaś – o jakości naszego życia społecznego” (s.30).
I teraz uwaga: „Wykształcenie społeczeństwa o takich właśnie cechach, społeczeństwa prawdziwie obywatelskiego było jednym z trzech – obok budowy instytucji demokracji przedstawicielskiej i rynku ekonomicznego – głównych postulowanych celów polskiej transformacji. Niestety, cel ten zrealizowany został chyba w najmniejszym stopniu ze wszystkich zamierzeń i planów transformacyjnych”.
A jednak władza uznała, że w jej interesie jest niszczenie tego. I użyła do tego całego aparatu państwa.
Policja zapomniała, czego ją uczono
Ostatnia, niepublikowana do tej pory część raportu dotyczy m.in. działań policji. I jest tam jasno napisane, że została ona użyta przeciw obywatelom w sposób sprzeczny z tym, czego się policjantów uczy. Pokojowy tłum rozpraszała jak tłum agresywnych kiboli, wkraczała tak, by zwiększając napięcie, a nie deeskalować (s. 1211-1318 raportu).
To było działanie wprost łamiące konstytucyjne prawo wolności zgromadzeń: rolą policji jest tu zapewnienie bezpieczeństwa. Konsekwencją takiego podejścia były akty indywidualnej przemocy, bicie, w tym bicie pałką teleskopową, używanie gazu łzawiącego prosto w twarze stojących spokojnie ludzi.
Jak widać, nawet wyszkoloną formację można użyć w sposób sprzeczny z tym, do czego została powołana. Wystarczy kilku gorliwych na odpowiednich stanowiskach.
Gdzie są dane o polskich sieciach obywatelskich? Komu oddała je władza?
Jednocześnie władza zaatakowała protestujących Pegasusem. Tu raport zwraca uwagę na coś, co do tej pory mogło umknąć naszej uwadze. Nie chodzi o to, że brutalny atak na prywatność dotyczył konkretnej osoby. Że to jej pobrano wszystkie dane, wszystkie rozmowy, że to ją Pegasus podsłuchiwał nawet w sypialni.
Raport zauważa, że Pegasus, atakując jedną osobę, był w stanie odtworzyć pełną sieć kontaktów i powiązań. A „już sama wiedza o strukturze relacji wewnątrz organizacji społecznej bywa instrumentem nacisku, pozwalając na precyzyjne uderzenie w liderów lub sygnalistów, nawet bez konieczności analizy treści rozmów”. „Operator może na bieżąco korygować zakres eksfiltracji, czyniąc z inwigilacji proces dynamiczny i totalny” (s. 1360).
To zaś – zauważa raport – czyni kluczowym pytanie o to, gdzie trafiły te dane.
Kiedy Komisja kończyła pracę, żyliśmy z podejrzeniem, że mogły trafić na zagraniczne serwery. Dziś już wiadomo, że na pewno tak było – potwierdzenie tego faktu znalazło się w dokumentach, które sejmowa komisja śledcza ds. Pegasusa dostała dosłownie trzy dni przed opublikowaniem raportu końcowego.
Informacje o sieci obywatelskiej, która jest jednym z najważniejszych zasobów państwa, które chce móc się bronić przed zagrożeniami – trafiła do Izraela. Który jest sojusznikiem USA. Które właśnie postanowiły zacząć rozmowy z Rosją o „nowej architekturze bezpieczeństwa w Europie”.
To jest właśnie w 1600-stronicowym raporcie, którego obecna władza nie opublikowała, choć miała obowiązek, bo dostała wniosek o dostęp do informacji publicznej. Bo co kto władzy zrobi?
Stało się to, mimo że wiadomo też, że systemowych zmian proponowanych przez Komisję nie będzie. Bo nawet gdyby parlament zdążył je przygotować przed wyborami, to i tak zawetuje je prezydent. Może dlatego obecna władza uznała, że raport nie ma już politycznego znaczenia.
A władza nadal łamie prawo w sprawach niby drobnych
Kiedy już wiemy, że system ataku na polskie państwo i jego społeczeństwo obywatelskie opierał się na mikro sprawach, których było zbyt dużo, by je rozliczyć, wróćmy do sprawy publikacji raportu.
Komisja zakończyła prace i przekazała raport premierowi 30 czerwca. W rozporządzeniu o zakresie prac komisji nie było nic o publikacji, jednak pierwsze jego części były opublikowane.
Poczekaliśmy miesiąc, a skoro raport w całości nie został opublikowany, złożyliśmy do Kancelarii Premiera wniosek o ten dokument na podstawie prawa do informacji publicznej. Odpowiedź przyszła w terminie: raportu nie można upublicznić przed anonimizacją, przeprowadza ją resort sprawiedliwości. 26 sierpnia 2026 r. złożyliśmy więc wniosek o dostęp do informacji publicznej do Ministerstwa Sprawiedliwości, gdyż anonimizacja nie kasuje prawa do informacji publicznej (resort przez cały czas prac obsługiwało komisję). Odpowiedzi nie dostaliśmy do tej pory, czyli przez dwa miesiące.
Kiedy Obywatele RP raport opublikowali 14 października, usiłowaliśmy się dowiedzieć, czy to jest wersja zanonimizowana, czy nie. Okazało się, że zanonimizowana. Czyli bez nazwisk, które znane są tylko z akt sądowych. Ministerstwo, jak sprawdziliśmy, rzeczywiście anonimizowało od lipca dokument, ale jak widać z przecieku, 14 października miało już właściwą wersję. A i tak nie odpowiedziało na nasz wniosek.
Mimo że wynika on z konstytucyjnego prawa do informacji publicznej.
Biuro RPO Sylwii Gregorczyk-Abram potwierdza: prawo zostało złamane
Zapytaliśmy rzeczniczkę praw obywatelskich, byłą szefową Komisji Sylwię Gregorczyk Abram, co ona na to.
Odpowiedź przesłał nam wicedyrektor Zespołu Prawa Konstytucyjnego, Międzynarodowego i Europejskiego BRPO Marek Chochowski:
- Kancelaria Premiera i Ministerstwo Sprawiedliwości miały obowiązek odpowiedzieć na wniosek o dostęp do informacji publicznej w ciągu 14 dni.
- Miały w tym czasie prawo napisać, że przedłużają termin odpowiedzi o dwa miesiące. Czyli w przypadku resortu sprawiedliwości — do 26 października 2026 r.
- Konieczność anonimizacji nie przedłuża czasu na odpowiedź.
I na koniec jeszcze jedno zdanie: „Jeśli organ obowiązany do udostępnienia informacji publicznej zwleka, przekraczając jednocześnie wskazane terminy, możliwe jest zaskarżenie bezczynności tego organu do sądu administracyjnego”.
Taką sprawę byśmy więc w sądzie wygrali. Ale efektem byłaby grzywna nałożona na MS, którą zapłacilibyśmy wszyscy, w tym bohaterowie raportu Komisji.

Komentarze