Spór o praworządność, klimat i prawa człowieka, łamanie unijnej jedności, ataki na urzędników UE i stawianie na Trumpa zamiast na Europę - oto dokonania rządu PiS w Brukseli. Rezultat? Mniej szans na decyzyjne stanowiska i postępująca alienacja w Unii. Jeżeli PiS utrzyma władzę, konflikt może się zaostrzyć, bo KE nie odpuści walki o wartości i klimat

Polska po czterech latach rządów PiS miałaby trudności z przystąpieniem do Unii Europejskiej, gdybyśmy właśnie teraz ubiegali się o członkostwo. Każde państwo-kandydat musi bowiem udowodnić, że spełnia tzw. kryteria kopenhaskie. Te dzielą się na polityczne, gospodarcze i instytucjonalne.

Kryteria polityczne:

  • stabilne instytucje demokratyczne realizujące ideał państwa prawa;
  • poszanowanie praw człowieka i praw mniejszości.

Kryteria gospodarcze:

  • gospodarka rynkowa;
  • zdolność do sprostania wymogom konkurencji i wolnego rynku.

Kryteria instytucjonalne/wolicjonalne:

  • zdolność/deklarowana chęć do przyjęcia dorobku prawnego i instytucjonalnego UE;
  • zdolność/deklarowana chęć przyłączenia się do unii politycznej, gospodarczej i walutowej.

Pod rządami PiS nie spełniamy dziś większości z nich.

Bo „reformy” sądownictwa PiS podważyły fundamenty państwa prawa i osłabiły demokratyczne instytucje. Prawa człowieka są chronione najsłabiej od 1989 roku, a retoryka rządzących opiera się na podjudzaniu do nienawiści wobec rozmaitych mniejszości.

Rząd PiS deprecjonuje też unijny dorobek prawny, krytykuje instytucje UE, a politycy PiS powtarzają, że zamiast zacieśniać współpracę w Unii, chcieliby luźnej „Europy Ojczyzn”. I bliższych stosunków z USA.

PiS kładzie nacisk dobre wyniki gospodarcze (te zapewnia m.in. dobra koniunktura) i podkreśla, że Polska goni zachodnią Europę pod względem poziomu życia. Świadomie ignoruje jednak, że  coraz bardziej odstajemy od zachodnich standardów.

OKO.press podsumowuje, jak w cztery lata rządowi PiS udało się przesunąć Polskę z „serca Europy” na unijne peryferia. Na własne życzenie.

Walka o wolne sądy

Najpoważniejszy konflikt między Unią Europejską a rządem PiS dotyczy „reform” sądownictwa wdrażanych przez resort Zbigniewa Ziobry.

„Od początku 2016 r. Komisja Europejska podjęła szereg działań w celu ochrony unijnych wartości i powstrzymania dalszej erozji praworządności” – czytamy w raporcie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka podsumowującym rządy PiS.

To przede wszystkim procedura kontroli praworządności, którą Komisja Europejska wszczęła wobec Polski wkrótce po ataku na Trybunał Konstytucyjny i w ramach której czterokrotnie przedstawiła polskiemu rządowi zalecenia.

Niewykonanie zaleceń oraz postępujące „reformy” wymiaru sprawiedliwości zagrażające niezawisłości sądownictwa doprowadziły do uruchomienia przez KE (po raz pierwszy w historii) procedury z artykułu 7 Traktatu o UE. Rada Unii Europejskiej prowadzi w jej ramach regularne wysłuchania polskiego rządu.

Komisja wszczęła też wobec polski trzy procedury o naruszenie unijnego prawa z art. 258 Traktatu o Funkcjonowaniu UE. Dwie pierwsze dotyczyły nowych przepisów o wieku emerytalnym sędziów sądów powszechnych i sędziów SN. Trzecia procedura dotyczy reżimu postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów, którzy bronią praworządności.

W latach 2018-2019 polskie sądy zadały co najmniej kilkanaście pytań prejudycjalnych do Trybunału Sprawiedliwości UE związanych z praworządnością.

Jak dotąd do niewielkich ustępstw rząd PiS zmusiła tylko groźba finansowych sankcji, które mógłby nałożyć na nasz kraj TSUE. Ale Unia szykuje już kolejne instrumenty nacisku m.in. powiązanie wypłaty unijnych funduszy z przestrzeganiem zasady rządów prawa.

Jeżeli rząd PiS będzie kontynuował operację przejmowania niezależnych sądów – a prezes Kaczyński zapowiada, że będzie – Polskę czekają kolejne lata boju z UE. Zwłaszcza, że nowi komisarze ds. wymiaru sprawiedliwości zapowiadają zero kompromisów w tej materii.

„Nie” dla klimatu

Bój będzie zresztą toczył się nie tylko o rządy prawa. Polsce pod rządami PiS nie pasują coraz ambitniejsze cele klimatyczne, które Unia wyznacza sobie na najbliższą przyszłość.

W czerwcu 2019 podczas szczytu w Brukseli Polska, razem z Czechami, Estonią i Węgrami, zablokowała przyjęcie zapisu z konkretnym terminem na osiągnięcie neutralności klimatycznej. Większość państw członkowskich chciała, by do do konkluzji ze szczytu wpisano rok 2050. Konieczna była jednak jednomyślność i projekt przepadł.

Polskie stanowisko krytykował ostatnio przed szczytem ONZ prezydent Francji Emmanuel Macron.

Jesteśmy zarazem jednym z największych emitentów dwutlenku węgla w UE. W 2018 roku przegoniliśmy pod tym względem Francję i zajęliśmy czwarte miejsce w Unii, piąte w Europie i 19 miejsce na świecie (z udziałem blisko 1 proc. w globalnych emisjach). Jednocześnie Polska odnotowała największy przyrost emisji ze wszystkich państw członkowskich.

Problemy te już dziś nie pozostają w Unii niezauważone. Eksperci Komisji Europejskiej ostatnią wersję polskiego Krajowego Planu na rzecz Energii i Klimatu ocenili w czerwcu 2019. Uznali ją za niewystarczająco ambitną i mało konkretną.

Wszystko wskazuje, że jeżeli PiS wygra wybory i utrzyma taki kurs, Polska będzie musiała musiała wojować z Brukselą na dwa fronty – o praworządność i klimat. Tym bardziej, że za portfolio klimatyczne w nowej KE odpowiadać będzie doświadczony w bojach z polskim rządem Frans Timmermans.

„Nie” dla LGBT

Rząd PiS blokował Unię nie tylko w sprawie klimatu. W październiku 2018 roku wysłannicy ministerstwa sprawiedliwości postanowili, że nie będzie polskiej zgody na dokument, w którym mowa o zwalczaniu przemocy wobec osób LGBT.

Chodziło o coroczne konkluzje Rady Unii Europejskiej z realizacji postanowień Karty Praw Podstawowych. Austriacka prezydencja zaproponowała, by znalazła się w nim wzmianka o przemocy wobec osób LGBT.

Polska – reprezentowana przez byłego już wiceministra sprawiedliwości Łukasza Piebiaka – jako jedyna głosowała przeciw. W efekcie europejski dokument trafił do kosza.

Polski rząd uznał, że zapisy dotyczące praw osób LGBTI były w dokumencie nie do przyjęcia. Domagał się za to wprowadzenia wzmianki o prześladowaniach chrześcijan i Żydów. Takie podejście odebrano w Unii jako działanie w złej wierze, a nawet zwykły rewanżyzm.

Ostatecznie dokument przyjęto jako konkluzje własne prezydencji, a nie oficjalne stanowisko Rady. W OKO.press pisaliśmy, że oprócz zapisów o prawach osób LGBT pojawiły się w nim także wzmianki dotyczące praworządności. Co mogło być właściwą przyczyną odrzucenia tych konkluzji przez próbujących przejąć sądy polityków PiS.

Sojusznicy Brytyjczyków

Po 2015 roku najważniejszym sojusznikiem Polski w UE miały już nie być Niemcy, a Wielka Brytania. Wyspiarze, z ich rezerwą do bliższej współpracy w ramach Unii oraz milionem polskich emigrantów, mieli lepiej pasować do priorytetów dyplomacji PiS.

Problem w tym, że w 2016 roku Wielka Brytania postanowiła opuścić Unię Europejską. Tym samym nasz kluczowy sojusznik znalazł się poza głównym nurtem europejskiej polityki.

A rząd PiS w trudnym położeniu. Bo jak wspierać sojuszników w ich prawie do samostanowienia, a jednocześnie zagwarantować rodakom na emigracji prawo do swobodnego podróżowania do domu? Jak być po stronie UE, a zarazem wspierać UK? Skoro ich wizje tego, jak ma wyglądać brexit są coraz bardziej rozbieżne?

Polscy dyplomaci zaczęli kluczyć i wyłamywać się z unijnej jedności. Dostało się europejskim liderom, w tym oczywiście Donaldowi Tuskowi, który według szefa MSZ Jacka Czaputowicza miał ponosić osobistą odpowiedzialność za Brexit:

„Moim zdaniem to wielka porażka Donalda Tuska, że w ogóle do brexitu dochodzi. To nawet jego klęska. Wychodzą dlatego, że UE nie odpowiada ich aspiracjom i że się zawiedli na liderach UE, a jednym z głównych liderów wówczas to był Donald Tusk” – tłumaczył Czaputowicz w grudniu 2018 roku.

Na tym jednak nie koniec. W styczniu 2019 roku szef polskiej dyplomacji postanowił samodzielnie rozwiązać problem umowy brexitowej, którą zaakceptowała Unia a kilkakrotnie odrzucał brytyjski parlament.

Minister Czaputowicz zaproponował własne rozwiązanie, którego nie skonsultował z negocjatorami w UE. Rezultat? Zirytowana Bruksela, rozczarowana Irlandia i Londyn cieszący się na wieść o końcu unijnej jedności.

Murem za USA

Odwrót Polski od UE to nie tylko wypadkowa nowego kursu w krajowej polityce ani nieostrożnych wypowiedzi polityków PiS. To także strategia dyplomatyczna, która zakłada, że priorytetem polskiej polityki zagranicznej powinny być relacje z USA, nie z Unią.

Członkowie partii Kaczyńskiego wielokrotnie podkreślali, że tylko bliższa współpraca w ramach NATO jest gwarantem bezpieczeństwa Polski. I że trzeba na nią stawiać „nawet kosztem” stosunków z Unią.

„Przy całym szacunku do tego, co dzięki temu osiągnęliśmy […], no ona [UE – red.] nie jest organizacją, która jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo w tym wymiarze militarnym, a i w innych wymiarach ma z tym pewne kłopoty” – powiedział Jarosław Kaczyński 11 października 2019 w „Sygnałach Dnia” radiowej Jedynki.

Polska pod rządami PiS do tego stopnia wierzy w opiekuńczy instynkt Donalda Trumpa, że nie waha się sabotować bliższej współpracy militarnej w ramach UE.

„Budowa tzw. autonomii strategicznej Unii Europejskiej nie może, naszym zdaniem, odbywać się kosztem NATO i osłabiania więzi transatlantyckich” – mówił minister Czaputowicz w marcowym exposé.

To, że sojusznicy zza oceanu są dla rządu PiS ważniejsi niż współpraca w ramach Unii, pokazał dobitnie Szczyt Bliskowschodni. Na prośbę USA rząd PiS zorganizował go w Warszawie w lutym 2019. Jak pisaliśmy w OKO.press wydarzenie było ciosem dla europejskiej strategii niealienowania Iranu i utrzymania porozumienia nuklearnego z 2015 roku.

Politycy PiS cieszą się, że bliska współpraca ze Stanami Zjednoczonymi zaowocowała przyłączeniem Polski do ruchu bezwizowego, a prezydent Duda chwali się licznymi spotkaniami z Donaldem Trumpem. Wycofując kilka dni temu wojska z Syrii i skazując Kurdów na turecką ofensywę, ten ostatni pokazał jednak, ile warte są dla niego nawet najbliższe sojusze.

Nie dla PiS stanowiska

Alienację rządu PiS w UE pokazały decyzje personalne przy obsadzie kluczowych unijnych stanowisk po wyborach do Parlamentu Europejskiego w maju 2019.

Wybrano nowe władze PE – przewodniczącego i 14 wiceprzewodniczących. Wiceprzewodniczącą została m.in. Ewa Kopacz z PO. Przepadła natomiast kandydatura Zdzisława Krasnodębskiego z PiS. Tym samym szósta co do wielkości frakcja Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, w której dominuje partia Kaczyńskiego, straciła ważne stanowisko w PE.

Niecałe dwa lata wcześniej, bo w lutym 2018 roku fotela wiceprzewodniczącego pozbawiono Ryszarda Czarneckiego. Bo porównał europosłankę PO Różę Thun do szmalcowników. Zastąpił go wówczas właśnie Zdzisław Krasnodębski. Dziś PiS i EKR nie mają żadnego wiceprzewodniczącego.

Nie lepiej było przy wyborze władz 22 komisji parlamentarnych. Apetyt na stanowisko szefowej w komisji zatrudnienia i spraw społecznych (EMPL) miała Beata Szydło, ale została odrzucona. Dwukrotnie. Najwyższym stanowiskiem w PE, które udało się zdobyć eurodeputowanym PiS są dwaj wiceszefowie komisji.

Każde państwo członkowskie, oprócz nowych eurodeputowanych, wysyła do Brukseli jednego komisarza. Także i tutaj rząd PiS napotkał poważne problemy. Pierwszy zgłoszony kandydat – minister z kancelarii prezydenta Krzysztof Szczerski – wycofał się, gdy Ursula von der Leyen zaproponowała Polsce tekę ds. rolnictwa. Twierdzi, że zrobił to z własnej inicjatywy, ale szefowa KE mogła zakulisowo poprosić polski rząd o podmianę.

Nowy kandydat, Janusz Wojciechowski, najpierw musiał tłumaczyć się z nieprawidłowości w rozliczeniach finansowych z czasów, gdy był europosłem. A następnie wyjaśnić, dlaczego nie wpisał do oświadczenia majątkowego mieszkania w Brukseli.

Mimo to wydawał się lepiej przygotowany do objęcia rolniczego portfolio. Do czasu. Pierwsze wysłuchanie przed komisją ds. rolnictwa PE (AGRI) poszło mu fatalnie. Chodziły słuchy, że Polska podmieni kandydata i przejmie tekę ds. transportu. Wojciechowski zdał jednak „egzamin poprawkowy” – w drugim wysłuchaniu wypadł lepiej, a frakcje polityczne PE uznały, że nie opłaca im się dalsze blokowanie Polaka. Zostanie komisarzem, choć dla PiS sukces jest wątpliwy.

Polska pod rządami PiS nie jest więc „sercem Europy”, bliżej jej raczej do ogona, jeśli trzymać się tej niezbyt udanej metafory liderów PiS.

Kandydaci obiecują. OKO.press rozlicza.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Absolwentka ILS UW oraz College of Europe. Zdobywała doświadczenie m.in. w Komisji Europejskiej i na Uniwersytecie Narodów Zjednoczonych w Tokio, a wcześniej w Polskim Instytucie Dyplomacji. W OKO.press pisze o prawie, Unii Europejskiej i polityce zagranicznej.


Komentarze

  1. Bolesław Szymański

    !3 października mieliśmy wybory, głosowaliśmy według własnych preferencji. W kwietniu w wyborach prezydenta możemy już glosować jedynie dla częściowego zrównoważenia sił politycznych. Czasu jest niewiele żeby dotrzeć z tą banalną prawdą do społeczeństwa polskiego. Redakcja OKO z pewnością poprze taką tezę licznymi argumentami informacyjnymi.
    Jednoczmy się w działaniu, te wybory to ostatni bastion neutralizujący to, co w demokratyczny sposób zafundowało nam społeczeństwo polskie.

Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!