Prawa autorskie: Grzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.plGrzegorz Skowronek / Agencja Wyborcza.pl
02 października 2022

Kto chodzi do kościoła, a kto nie, czyli dwie Polski w sondażu Ipsos. 17 różnic, 3 podobieństwa

Praktykujący katolicy (45 proc.) przejawiają mniej chrześcijańskich uczuć wobec homoseksualnych bliźnich, boją się ingerencji Niemiec, chcą ujarzmić przyrodę, w 3/4 głosowali na Dudę w 2020 roku. Reszta Polski, która nie chodzi do kościoła, wierzy w zmianę władzy. Ale coś jednak spaja narodową wspólnotę

Dwie Polski - ta katolicka na tyle, by regularnie chodzić do kościoła i ta druga, która nawet jeśli wierzy w Boga, to nie korzysta z kościelnych usług - różnią się w zasadniczy sposób.

Pierwsza wierzy w rozwiązania tradycyjne, porządek jaki był kiedyś (nawet jeśli to "kiedyś" jest zmitologizowane), ulega historycznym uprzedzeniom jak lęk przed Niemcami, wciąż kieruje się kościelną nauką o moralności seksualnej i wierzy w "Europę ojczyzn". Zapośredniczona przez Kościół relacja tej Polski z Panem Bogiem może być paternalistycznym wzorcem jej podejścia do świata, potrzeby ładu i porządku gwarantowanego przez silną władzę.

Druga Polska jest otwarta na europejskie trendy liberalne, z Brukselą łączy nadzieje, a nie lęki, nie słucha kościelnych zakazów, nie chce ujarzmiać przyrody, regulować rzek i spalać na potęgę węgla i gazu (w czym akurat bliższa jest papieżowi Franciszkowi niż ta pierwsza).

Dotykamy tu zasadniczego wymiaru opisującego polską rzeczywistość, także polityczną, bo pierwsza Polska jest propisowska, a druga - anty.

NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

W kilkunastu tekstach omówiliśmy już wyniki najnowszego sondażu Ipsos dla OKO.press*. Teraz proponujemy dodatkową analizę - porównanie odpowiedzi w grupach o różnym stopniu religijności. Na pytanie "o uczestnictwo w praktykach religijnych" - co wobec dominacji katolicyzmu de facto oznacza udział w mszy - daliśmy do wyboru 5 odpowiedzi:

  • tak, kilka razy w tygodniu (tę odpowiedź wybrało 6,5 proc. osób);
  • tak, raz w tygodniu (29 proc.);
  • tak, przeciętnie 1-2 razy w miesiącu (9,5 proc.);
  • tak, kilka razy w roku (23 proc.);
  • nie, wcale (31 proc.).

Jak widać, bardziej religijne osoby najczęściej (29 proc.) deklarowały, że w kościele bywają, zgodnie z dekalogiem, raz w tygodniu. Intensywna religijność kilka razy w tygodniu była rzadka (co 15. osoba), podobnie jak odpowiedź środkowa - 1-2 razy w miesiącu (co 11. osoba).

Osoby deklarujące regularne uczestnictwo w praktykach religijnych (co najmniej 1-2 razy w miesiącu) stanowiły zatem łącznie 45 proc. wszystkich. Nazywamy ich dalej "praktykującymi".

Trudno za "praktykujących" uznać 23 proc. Polek i Polaków, którzy bywają na nabożeństwie "kilka razy w roku", zapewne okazjonalnie na święta, ewentualnie kościelne śluby czy chrzty w rodzinie. Dlatego łączymy je w jedną kategorię z największą grupą 31 proc. osób, które w praktykach religijnych nie biorą udziału "wcale".

Powstają dwie kategorie: "praktykujących" (45 proc.) i "niepraktykujących" (54 proc.)**. Będziemy porównywać ich odpowiedzi na 20 pytań wrześniowego sondażu OKO.press.

Nie zakładamy tu prostej relacji przyczynowo-skutkowej, czyli nie twierdzimy, że ktoś ma określone poglądy na politykę, pomoc Ukrainkom czy "zieloną energię" ponieważ chodzi do kościoła, innymi słowy, że Kościół wywiera na niego czy na nią taki wpływ. Mamy do czynienia ze znacznie bardziej skomplikowanymi zależnościami.

Nie utożsamiamy też religijności z kościelnością, zdajemy sobie sprawę, że w Kościele są różne kościoły i różni księża. Ale grube zależności są takie, jak pokażemy, obie grupy różnią się w zasadniczy sposób.
  • Uczestnictwo w praktykach religijnych jest wyrazem nie tylko z wiary w Boga, ale przynależności do określonej kultury i światopoglądu, którego wyznawanie może być wzmacniane przez Kościół. Innymi słowy Kościół nie tylko kształtuje, ale i gromadzi osoby o odpowiednim profilu;
  • wpływ zarówno na religijność, jak i na poglądy polityczne, społeczne czy etyczne, mają inne czynniki socjoekonomiczne, takie jak wiek, wykształcenie, miejsce zamieszkania, kultura regionu, gdzie osoba mieszka itp.;
  • także związek religijności z poglądami np. politycznymi nie jest jednokierunkowy, nie polega tylko na tym, że osoba religijna będzie skłonna wybierać partie konserwatywne. Zwłaszcza PiS zachęca do katolicyzmu, zarówno w programie partyjnym (patrz dalej) i wypowiedziach polityków towarzyszących, np. uchwalaniu prawa, jak i w praktyce politycznej aż do zacierania granic między świeckim państwem a Kościołem (politycy w kościołach, księża na uroczystościach państwowych).
  • nie należy utożsamiać religijności z kościelnością. Kryzys moralny polskiego Kościoła hierarchicznego, sprawia, że są wyznawcy katolicyzmu, którzy nie korzystają z usług tej instytucji. Zniechęcające są tu zwłaszcza doniesienia o przestępstwach seksualnych kleru i ukrywaniu ich przez hierarchię; według sondażu CBOS z lipca 2019 75 proc. Polek i Polaków uważa, że za wykorzystywanie seksualne dzieci karę powinni ponieść nie tylko bezpośredni sprawcy, ale i biskupi. Z kolei w sondażu Ipsos dla OKO.press z grudnia 2018 60 proc. respondentów uznało, że biskupi stoją po stronie sprawców molestowania, a tylko 17 proc. wskazało, że po stronie ofiar (aż 23 proc. nie miało zdania)
  • i odwrotnie, w samym Kościele są różne kościoły, w tym resztki nurtu katolicyzmu otwartego czy wręcz księży zbuntowanych, którzy odsądzają od czci i wiary Kościół hierarchiczny. Część osób praktykujących szuka takich właśnie "nie mainstreamowych" nabożeństw i księży.

Czy Pan Bóg trzyma z Jarosławem Kaczyńskim, a także...

Zgodnie z programem PiS, „Kościół katolicki jest depozytariuszem i głosicielem powszechnie znanej w Polsce nauki moralnej. Nie ma ona w szerszym społecznym zakresie żadnej konkurencji, dlatego też w pełni jest uprawnione twierdzenie, że w Polsce nauce moralnej Kościoła można przeciwstawić tylko nihilizm”.

Ta skrajna deklaracja podparta jest tezami opisowymi. „Nauka Kościoła katolickiego, polska tradycja i polski patriotyzm silnie się ze sobą połączyły, budując tożsamość polityczną narodu”. Taka narracja Polaka-katolika-PiS-owca jest używana bez umiaru m.in. w kampaniach wyborczych.

ROLA RELIGII I STOSUNEK DO KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO

Doceniamy rolę religii w życiu społecznym oraz szczególne znaczenie wiary katolickiej dla Polaków. Nie zapominając o tym, że w naszych dziejach, odznaczających się tolerancją religijną, wkład w rozwój Rzeczpospolitej, jej kulturę, gospodarkę czy tryumfy militarne wnosili przedstawiciele różnych wyznań – ewangelicy, grekokatolicy czy polscy Tatarzy – podkreślamy, że Kościół katolicki w Polsce odegrał i odgrywa wyjątkową rolę, odmienną niż w historii innych narodów. Była ona nie tylko narodowotwórcza i cywilizacyjna, ale także ochronna. Już w średniowieczu Kościół odparł obce próby sprawowania władzy, następnie wśród duchowieństwa wyrośli pierwsi autorzy wzywający do naprawy Rzeczypospolitej. W skrajnie niesprzyjających okolicznościach czasu zaborów, podobnie jak w PRL, Kościół był ostoją polskości, pełnił rolę zastępczą wobec nieistniejącego suwerennego państwa. W tym kontekście trzeba wspomnieć osobę i naukę Prymasa Tysiąclecia księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego. Można być Polakiem nie będąc katolikiem, ani osobą wierzącą, nie sposób jednak uznać, że polskość może istnieć bez tego dziedzictwa, jakie wniósł Kościół katolicki.

Nauka Kościoła katolickiego, polska tradycja i polski patriotyzm silnie się ze sobą połączyły budując tożsamość polityczną narodu. Wolność jest w centrum chrześcijańskiej nauki o człowieku, istotą naszej narodowej historii, wolność współtworzy sens bycia Polakiem, dlatego też polska przynależność narodowa, traktowana jako dziedzictwo wolności, równości i szacunku dla ludzkiego życia ma znaczenie uniwersalne. Traktujemy je jako wkład naszego narodu w powszechne dzieje wolności. Zbieżność między nauką Kościoła katolickiego a tradycją narodową jest wyraźnie widoczna w odniesieniu do rodziny. Polska tradycja traktowała ją zawsze jako szczególne dobro, a w okresie utraty niepodległości była także w bardzo wielu przypadkach ostoją narodowej tożsamości.

Kościół katolicki jest depozytariuszem i głosicielem powszechnie znanej w Polsce nauki moralnej. Nie ma ona w szerszym społecznym zakresie żadnej konkurencji, dlatego też w pełni jest uprawnione twierdzenie, że w Polsce nauce moralnej Kościoła można przeciwstawić tylko nihilizm. Znamy to z historii – próby zaszczepienia innego systemu wartości podejmowane przez zaborców lub komunistów oznaczały w efekcie zwykle odrzucenie humanistycznych wartości i zrelatywizowanie kodeksu etycznego. Z tych powodów specyficzny status Kościoła katolickiego w naszym życiu narodowym i państwowym jest wyjątkowo ważny; chcemy go podtrzymać i uważamy, że próby niszczenia i niesprawiedliwego atakowania Kościoła są groźne dla kształtu życia społecznego

Związek partii z Kościołem wyraził się także w naszym sondażu w upodobaniach politycznych osób praktykujących.

Jak widać, odsetek poparcia dla PiS jest wśród praktykujących trzy razy większy niż wśród niepraktykujących (56 do 18 proc.). I odwrotnie, poparcie dla KO, Polski 2050 i Lewicy wśród praktykujących (26 proc.) jest blisko trzy razy mniejsze niż wśród niepraktykujących (68 proc.).

Interesujące, że uczestnictwo w Kościele raczej sprzyja głosowaniu na PSL (ale uwaga - próba jest mała). Nie zachęca natomiast do poparcia Polski 2050 mimo katolickich korzeni jej lidera.

Profile polityczne praktykujących i niepraktykujących stają się jeszcze bardziej wyraziste, gdy wyostrzymy różnice i za praktykujące uznamy tylko te osoby, które chodzą do kościoła raz w tygodniu lub częściej (odrzucimy 1-2 razy w miesiącu), a za niepraktykujące - tylko osoby, które zadeklarowały, że nie chodzą wcale (odrzucimy katolików "okazjonalnych").

Różnica w poparciu wyborczym PiS staje się sześciokrotna (!): 59 proc. do 10 proc., a poparcie KO, Polski 2050 i Lewicy jest ponad cztery razy większe wśród całkowicie niepraktykujących: 83 do 20 proc.

...z Andrzejem Dudą w potyczce z Rafałem Trzaskowskim?

Wymiar religijności znalazł swój wyraz także we wcześniejszych wyborach politycznych, zapisanych w pamięci badanych. We wrześniowym, najnowszym sondażu zapytaliśmy, jak osoby ankietowane głosowały w wyborach prezydenckich 2020 roku. Według dzisiejszych deklaracji wybory "znowu" wygrał Duda (44 proc.), tak samo minimalnie jak w rzeczywistości, o 1 pkt proc. przed Trzaskowskim (43 proc.). Tylko 13 proc. twierdziło, że nie głosowało lub nie pamięta na kogo, co oznacza, że ludzie wstydzili się przyznać, że nie poszli do urn, bo prawdziwa frekwencja wyniosła 68,2 proc.

Sondaż potwierdza intuicję, że Duda wygrał głosami praktykujących, którzy poparli go aż w trzech czwartych. W takiej samej proporcji niepraktykujący wybierali Trzaskowskiego. Dwie Polski - "kościelna" i "niekościelna" przeglądają się tu sobie jak w lustrze, w którym to, co prawe staje się lewym i odwrotnie.

Pokazujemy też różnice w głosowaniu praktykujących i niepraktykujących w I turze wyborów prezydenckich (cały czas - według pamięci osób badanych). Przewaga kościelnego elektoratu u Dudy jest podobna jak w II turze - trzykrotna, przewaga niekościelnego u trzech kandydatów opozycji demokratycznej (KO, Polski 2050 i Lewicy) - dwu i półkrotna.

Profil Szymona Hołowni jest mniej religijny niż można by oczekiwać: wśród jego wyborców jest 69 proc. niepraktykujących i tylko 31 proc. praktykujących. U Trzaskowskiego proporcje są statystycznie takie same: 71 proc. do 29 proc.

Wiara w Boga i wiara w PiS

Jednym z wyznaczników politycznej skuteczności jest morale elektoratu, w tym przekonanie, że "to my wygramy wybory". Jak wynika z porównania sondaży Ipsos dla OKO.press przed wyborami 2019 roku, elektorat PiS oczekiwał aż w 80 proc., że PiS będzie dalej rządziło samodzielnie, dziś - w 45 proc.

Odwrotna zmiana nastąpiła w elektoracie KO: trzy lata temu tylko 24 proc. sądziło, że PiS władzę straci, dziś - 74 proc.; także wyborcy Polski 2050 i Lewicy wyrywają się z pułapki wyuczonej bezradności (nazywaliśmy to "efektem Tuska", bo ten polityk po powrocie do Polski konsekwentnie stara się rozbudzić wiarę w pokonanie PiS twierdząc np., że "oni są silni wyłącznie naszą słabością)".

Różnice w tych odpowiedziach są nieco mniejsze niż w postawach politycznych, bo ludzie korygują swoje pragnienia zerkając na realny świat. Oczekiwanie, że PiS straci władzę jest jednak równo dwa razy większe wśród niepraktykujących, a przewidywanie, że partia Kaczyńskiego będzie dalej rządzić (sama lub w koalicji) jest półtora raza większe wśród praktykujących (aż 13 proc. z nich nie wie, co powiedzieć).

Można zatem ostrożnie wnioskować, że Polska niepraktykująca jest bardziej politycznie zmobilizowana niż Polska bardziej kościelna.

Seksualność mniej kościelna, ale wciąż do wykorzystania

Kościół z uporem godnym lepszej sprawy skupia uwagę na tzw. etyce seksualnej. Zgodnie z katechizmem w życiu seksualnym dozwolone są wyłącznie stosunki: 1. heteroseksualny, 2. małżeński, 3. bez zabezpieczeń, czyli „otwarty na prokreację” i w niektórych ujęciach tylko waginalny.

Wszystkie inne przejawy seksualności są grzeszne i należy się przed nimi powstrzymywać, kierując się zasadą "czystości". Długa lista zakazów obejmuje zatem rozwody, seks bez ślubu oraz tylko ze ślubem świeckim, każdą formę seksu pozamałżeńskiego (w języku katechizmu „nierząd”), związki otwarte i poliamorię, a także onanizm („przyjemność seksualna moralnie nieuporządkowana, gdy szuka się jej dla niej samej w oderwaniu od nastawienia na prokreację i zjednoczenie”), in vitro, pornografię. I oczywiście wszelkie relacje nieheteronormatywne.

Jak sprawdziliśmy w innym sondażu Ipsos dla OKO.press z 2022 roku, a także w badaniach CBOS z 2021 roku, większość zasad katolickiej moralności jest w sensie społecznym niemal martwa. Wciąż dość mocno działa zakaz aborcji (36 proc. uznaje przerywanie ciąży za "niewłaściwe lub niemoralne") i homoseksualizmu (32 proc.).

We wrześniowym sondażu sprawdziliśmy, w jakim stopniu te postawy przekładają się na myślenie o polityce. Pytaliśmy, czy Polki i Polacy chcieliby, żeby po wyborach 2023 Sejm zmienił obecne prawo, które działa zgodnie z katolickimi zakazami.

Różnice tych pragnień są ogromne.

Niepraktykujący chcą dać prawo kobiecie do aborcji aż w 82 proc., sześć razy mniej odpowiedziało "nie". Wśród praktykujących przeważa "nie" nad "tak", ale minimalnie (47 do 43 proc.). Kościół traci rząd dusz nawet wśród tych osób, które go regularnie odwiedzają.

Pewne znaczenie może tu mieć dyfuzja kulturowa: Polska jest ostatnim - nie licząc Malty - państwem w UE, które nie daje kobiecie prawa do przerwaniu ciąży. Ta wiedza mniej lub bardziej bezpośrednio dociera do wszystkich.

Zaskoczeniem może być, że zgoda na legalizację związków miłosnych i rodzinnych osób homoseksualnych, różnicuje odpowiedzi bardziej niż aborcja.

Wśród praktykujących aż 60 proc. powiedziało "nie" związkom partnerskim, dwa razy mniej chciałoby ich wprowadzenia. Wśród niepraktykujących przewaga zgody na związki jest czterokrotna (78 do 19 proc.). To pokazuje na pewną trwałość "katolickiej homofobii" powiązaną z uczestnictwem w życiu religijnym Kościoła.

Tak jak w innych sondażach zmniejsza się natomiast różnica między postawami wobec związków i małżeństw homoseksualnych, wynosi już tylko kilka, kilkanaście punktów procentowych. Oswajanie Polek i Polaków z małżeństwami jednopłciowymi - na gruncie katechizmu istnym horrendum - może znowu wynikać z przenikania kultur: małżeństwa zostały zalegalizowane już w 15 krajach UE (w tym w ultrakatolickiej Malcie).

Jak widać, wartości etyki seksualnej Kościoła, które otwarcie głosi PiS (bezduszny wyrok TK z października 2020 jest tego drastycznym potwierdzeniem) zachowują polityczną moc, ale maleje ona i nie jest zbyt duża nawet wśród osób związanych w Kościołem.

Sięgając po transfobię w trwającej już kampanii przed wyborami 2023 roku, Jarosław Kaczyński liczy pewnie na większą niż w eksploatowanej wcześniej homofobii, podatność ludzi, bo "temat jest nowy", a skala zjawiska mniejsza. Może też uważać, że rozbudzi hejt, tak jak udało się z ksenofobią wobec uchodźców w kampanii 2015 roku. Ale może też się poważnie rozczarować.

Niemcy nie po chrześcijańsku

W zamierzchłych czasach, 18 listopada 1965 roku polscy biskupi zdobyli się na gest, który w dzisiejszej Polsce może wydawać się wręcz nie do wiary. Skierowali do "niemieckich braci biskupów" orędzie z zaproszeniem do udziału w obchodach 1000 lat Chrztu Polski. Przypomnieli "bolesne doświadczenia związane z niemieckim sąsiedztwem" od rycerzy zakonnych, tzw. krzyżaków aż po "obozy koncentracyjne, eksterminację Żydów, inteligencji, duchowieństwa" w czasie II wojny światowej.

„Nie chcemy wyliczać wszystkiego, aby na nowo nie rozrywać niezabliźnionych jeszcze ran. Jeśli przypominamy tę straszliwą polską noc, to jedynie po to, aby nas łatwiej było zrozumieć, nas samych i nasz sposób dzisiejszego myślenia”. Końcówka była najmocniejsza:

„W tym jak najbardziej chrześcijańskim, ale i bardzo ludzkim duchu, wyciągamy do Was nasze ręce oraz udzielamy wybaczenia i prosimy o nie. A jeśli Wy, niemieccy biskupi i Ojcowie Soboru, po bratersku wyciągnięte ręce ujmiecie, to wtedy dopiero będziemy mogli ze spokojem sumienia obchodzić nasze Millenium w sposób jak najbardziej chrześcijański”.

PiS nie odrobił tej chrześcijańskiej lekcji. Partia na czele z liderem, prowadzi zajadłą kampanię antyniemiecką, rozbudza lęk, chęć rewanżu i nienawiść do Niemiec i niemieckiego narodu. Okazuje się, że regularne chodzenie do kościoła nie chroni przed przyjmowaniem antyniemieckich uprzedzeń. Wręcz przeciwnie, "jak najbardziej chrześcijański sposób" - oznacza dziś coś zupełnie innego niż w 1965 roku.

W pytaniu zadanym z okazji 83. rocznicy 17 września sprawdzaliśmy, że narracja o dwóch wrogach Polski jest obecna w polskiej świadomości u 40 proc. osób.

Religijność miała znaczenie. O ile wszyscy niemal bez wyjątku zgadzają się, że Rosja jest naszym wrogiem, to osoby praktykujące prawie dwa razy częściej (56 do 30 proc.) uznają Niemcy za państwo wrogie Polsce.

Jeśli ktoś jest zaskoczony wysokim poparciem tezy o dwóch wrogach, to jeszcze bardziej zdziwi się, jak szeroko akceptowany jest propagandowy przekaz PiS o podstępnym Berlinie, który przy pomocy Brukseli czyha na polską suwerenność (w całym badaniu - aż 47 proc.).

Także tutaj myślenie spiskowe i sentymenty antyniemieckie są prawie dwukrotnie częstsze wśród osób praktykujących chrześcijańską religię przebaczenia, która okazuje się raczej nauką wypominania i nieufności.

Grając na nastrojach krzywdy i urażonej narodowej dumy, PiS sprowadza antyniemiecką kampanię do politycznego konkretu żądając prawnie wątpliwych i horrendalnie zawyżonych reparacji za straty wojenne. We wrześniowym sondażu zapytaliśmy, czy są szanse, by reparacje od Niemiec uzyskać. "Tak" odpowiedziało tylko 28 proc., a "nie" 67 proc.

Jak jednak widać, wiara w Boga, a w każdym razie w sens obecności w kościele zwiększa i ten optymizm. Przewaga "tak" wśród praktykujących w porównaniu z niepraktykującymi jest aż trzykrotna (44 do 14 proc.)

Czyńcie sobie ziemię poddaną? Chyba że nie chodzicie do kościoła

"Stworzył Bóg człowieka na swój obraz, stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi«".

Ten cytat z biblijnej Księgi Rodzaju bywa rozumiany w sposób dosłowny, jako prawo człowieka do niczym nieograniczonej eksploatacji przyrody. Takie podejście obecne jest w prawicowej narracji, zarówno świeckiej, jak i kościelnej, która swego wroga upatruje w myśleniu o planecie jako dobru, o które musimy zadbać, a zwierzętach jako istotach obdarzonych wrażliwością.

Łączy się często z denializmem klimatycznym i nakłada na uproszczone wyobrażenia o industrializacji, eksploatacji pól i lasów, mórz i oceanów (właściwego systemom lekceważącym zasoby, jak kapitalizm XIX i XX wieku, czy realny socjalizm i komunizm XX wieku). Toczy walkę z "ekologizmem", opisywanym jako groźna ideologia, czy "zielony nazizm" m.in. przez najbardziej twardogłowych biskupów, jak Marek Jędraszewski, Sławoj Leszek Głódź, a także Tadeusz Rydzyk.

Przedstawicielem tego nurtu był nieżyjący już minister środowiska Jan Szyszko, entuzjasta wycinki drzew i polowań, dziś w szranki z przyrodą staje minister edukacji Przemysław Czarnek. Z jego inicjatywy podstawa programowa do przedmiotu HiT stanowi, że "uczeń potrafi wskazać różnicę między ekologią a ekologizmem”.

Obraz się komplikuje, bo zdecydowanym krytykiem takiego podejścia jest papież Franciszek, zwolennik ekologii integralnej. "Potrzebujemy nawrócenia ekologicznego, bo bycie obrońcami dzieła Bożego stanowi istotną część uczciwego życia” – mówił 1 lutego 2020 abp Stanisław Gądecki, nawiązując do ekologicznej encykliki Franciszka "Laudato si". Dodał, że nawrócenie ekologiczne powinno "prowadzić do szczodrej i serdecznej troski o świat”.

W sporze o to, jak traktować planetę rząd PiS konsekwentnie staje po stronie "eksploatacji". Wyraża się to m.in. w wizji przerobienia Wisły, Odry i innych rzek w wodne autostrady. Jak mówiła już w 2015 roku w sejmowym exposé premier Beata Szydło: "Chcemy, by polskie rzeki stały się wielkimi drogami, po których będą płynąć pełne towarów barki zwodowane w rodzimych stoczniach”. Po katastrofie Odry były minister żeglugi, a dziś wiceminister infrastruktury Marek Gróbarczyk przekonywał, że regulacja tej rzeki jest remedium na problemy. We wrześniowym sondażu OKO.press postanowiliśmy sprawdzić, która polityka wobec rzek zyska większe poparcie. Zapytaliśmy, czy należy:

  • rzeki regulować, wzmacniać nadbrzeża, budować stopnie wodne i porty rzeczne, czy raczej
  • przywracać naturalne rozlewiska, ograniczać transport rzeczny, zmniejszyć ingerencję człowieka do minimum.

Okazuje się, że wspólnota osób praktykujących jest bliżej Jędraszewskiego, Rydzyka czy Czarnka niż papieża Franciszka: 51 proc. poparło podejście eksploatacyjne, a 39 było za ratowaniem rzek. Osoby niepraktykujące zdecydowanie stawiają na podejście ekologiczne (60 do 32 proc.), co dla twardogłowych biskupów może być dowodem, że poza Kościołem triumfuje "ekologizm".

Trudno tu mówić o prostym wpływie nauczania kościelnego, zwłaszcza że jak pokazaliśmy są w katolicyzmie różne nurty. Osoby praktykujące wpisują się raczej w konserwatywny (w polskim znaczeniu) sposób myślenia, z jego pogardą dla "lewackich" pomysłów na ograniczanie "normalności", która polega na tym, że człowiek uprawia ziemię tak, by zebrać jak najwięcej, żywi się mięsem, hodując krowy, świnie czy kurczaki z bezwzględnością przemysłowej produkcji, poluje na zwierzęta i nie przejmuje się "całą tą katastrofą klimatyczną".

Konserwatyzm ekologiczny widać także w odpowiedziach na pytanie o warianty rozwiązań kryzysu energetycznego, jaki po wojnie w Ukrainie przeżywa Polska, wraz z całym światem. W grupie praktykujących trzy możliwe odpowiedzi ("energia zielona", tradycyjna i atomowa) uzyskały podobne poparcie. Wśród niepraktykujących przewaga "zielonej energii" nad tradycyjną była aż trzykrotna (51 do 17 proc.!). Energetyka jądrowa była wybierana tak samo często przez chodzących i niechodzących do kościoła.

Straszny kryzys tuż-tuż. Czyja wina - Tuska czy Morawieckiego?

"Czy zgadza się Pan/Pani z opiniami, że Polskę czeka w najbliższym czasie poważny kryzys gospodarczy, który boleśnie odczują obywatele?” - zapytaliśmy we wrześniowym sondażu. Aż 79 proc. wszystkich osób badanych odpowiedziało twierdząco, w tym 51 proc. "zdecydowanie tak".

Różnice w grupach praktykujących (70 proc.) i niepraktykujących (86 proc.) były mniejsze niż w innych pytaniach. Jaki jest wzrost cen każdy widzi, a chaotyczne i najwyraźniej nieskuteczne reakcje władz obniżają wiarygodność uspokajających zapowiedzi Morawieckiego, Glapińskiego czy Kaczyńskiego.

O ile zgoda panuje w kwestii kryzysu, to niezgoda w kwestii odpowiedzialności. Na pytanie, kto odpowiada za inflację, praktykujący w 40 proc. obciążają obecne władze, ale w 45 proc. wskazują na poprzednie rządy (23 proc.) i politykę Unii Europejskiej (22 proc.). W grupie niepraktykujących 73 proc. widzi odpowiedzialność Morawieckiego i Glapińskiego, a tylko 19 proc. wskazuje na innych (7 proc. - rządy PO-PSL i 12 proc. - UE).

Rozgrzeszanie - pomimo braku spowiedzi i wyznania win - obecnych władz przez osoby związane z Kościołem to zapewne skutek nadreprezentacji elektoratu PiS (patrz wyżej) i w związku z tym większej podatności na przekazy prorządowe, które eksponują winy "naszych poprzedników" i krytykują politykę UE. Znaczenie mogą mieć także głębsze różnice kulturowe. Dla osób, które w jakiejś przynajmniej mierze identyfikują się z nauką Kościoła i w ogóle z tzw. polską tradycją, Europa zeświecczonych społeczeństw Zachodu może wydawać się bytem obcym.

Największy sukces polskiego polityka po 1989 roku, jakim były dwie kadencje Tuska jako "prezydenta Europy", może zatem paradoksalnie, dodatkowo pogrążać jego rząd w oczach osób bardziej religijnych.

Zapytaliśmy także wprost o przyjmowanie propagandowej narracji PiS o "winie Tuska", czyli zrzucaniu odpowiedzialności za dzisiejsze trudności na rządy PO-PSL, z naciskiem na rolę Donalda Tuska jako premiera (2007-2014), a także przewodniczącego Rady Europejskiej (2014-2019). Choć Zjednoczona Prawica rządzi coraz dłużej, motyw nie słabnie i wpisuje się w kolejne konteksty, w tym w oskarżanie Niemiec o wrogą Polsce politykę (patrz wyżej). Winę Tuska widzi 37 proc. Polek i Polaków, ale różnice w zależności od tego, czy ktoś chodzi do kościoła czy nie, są wręcz szokująco duże.

Donald Tusk, polityk do niedawna programowo ostrożny i raczej konserwatywny (ostatnio "odważniejszy" w kwestii aborcji) został bowiem wykreowany przez propagandę PiS na diabła wcielonego - zagrożeń płynących z Zachodu, a także głównego sprawcę narodowych nieszczęść: od zamachu smoleńskiego do obecnej inflacji - wprost albo pośrednio poprzez wywindowanie cen energii elektrycznej.

Te zarzuty mieszają się w jedną figurę obcego, niepolskiego, wrogiego przedstawiciela brukselskich elit, w dodatku czyhającego na to, co dobra władza PiS - w paternalistycznej relacji z poddanymi - dała choćby emerytom.

W jakimś stopniu taki Tusk gorzej wpisuje się w porządek świata lansowany przez Kościół katolicki, nawet jeśli deklaruje, że sam jest katolikiem.

Stolica Europy w Watykanie czy Brukseli

Kościół popierał akcesję Polski do UE, a polski papież na początku XXI stulecia wykazał się tu osobistym zaangażowaniem. Dzisiaj kościoły (nie tylko polski) liczą na to, że Europa - jak głosi "covidowe" orędzie Episkopatów UE z listopada 2020 - "ujawni swoją zdolność ponownego odkrycia ducha ojców założycieli", czyli wróci do słynnych "chrześcijańskich korzeni".

Rzecz w tym, że owe korzenie rozumiane są wąsko jako katolicki kanon kilku wartości, na czele z "ochroną życia" wobec "Holocaustu" najsłabszych i najbardziej bezbronnych za sprawą legalizacji aborcji.

Unia Europejska osobom związanym z Kościołem jawi się jako instytucja co najmniej podejrzana, przy czym podejrzenia dotyczą niemoralnej nowoczesności pełnej dziwactw (jak owe babo-chłopy w transfobicznych dowcipach Kaczyńskiego), a także na naruszaniu - jak każdy potężny zaborca poprzednich wieków - polskiej suwerenności i zdrowego narodowego rozsądku. Oczywiście te skrajne sądy chwieją się, podmywane przez doświadczenie skutków unijnych inwestycji i obserwacji życia społeczeństw Zachodu, ale zachowują swą światopoglądową moc.

Tuż przed włoskimi wyborami Mateusz Morawiecki, atakując Ursulę von der Leyen za jej wypowiedzi o "narzędziach" do kontroli prawicowego rządu Georgii Meloni zadał Polkom i Polakom fundamentalne pytanie: "Drodzy państwo, czy takiej Europy chcemy? Że eurokraci w Brukseli dyktują, jaki ma być rząd? Kto ma wybierać rządy? Narody europejskie czy Bruksela z Berlinem mają się naradzać i dyktować, jaki ma być rząd?”.

We wrześniowym sondażu OKO.press - już po raz szósty - zapytaliśmy właściwie o to samo. Czy państwa członkowskie powinny stawiać na współpracę i integrację, i wzmacniać rolę KE? Czy też mają bronić modelu "Europy ojczyzn", w których Węgrom, Polsce czy - być może teraz Włochom - wolno naruszać unijne wartości, głosić eurosceptyczne czy wręcz antyunijne hasła, nie respektować wyroków unijnych sądów itd., w imię suwerenności narodowej oczywiście.

Odpowiedzi wszystkich Polek (bardziej proeuropejskie) i Polaków (mniej) od czterech lat układają się tak samo: "Europy zintegrowanej" chce 52-54 proc., a "Europy ojczyzn" 35-38 proc.

Jak się okazuje, wymiar religijnych praktyk ma tu zasadnicze znaczenie. Osoby praktykujące częściej wybierają "Europę ojczyzn" (48 do 40 proc.), osoby nieodwiedzające kościoła ponad dwukrotnie częściej wolałyby, żeby w UE większą rolę odgrywała Bruksela (62 do 29 proc.).

Nie pytaliśmy o to wprost, ale osoby bardziej kościelne trzymają się "polskiej tożsamości" rozumianej w myśl szerokiego zestawu konserwatywnych wzorców, w tym narodowych kompleksów i uprzedzeń, a osoby niekościelne czują się bardziej Europejkami i Europejczykami, skłonnymi słuchać instytucji unijnych.

Ta różnica znajduje wyraz w kolejnym pytaniu, czy rząd powinien ustąpić Komisji Europejskiej i wypełnić "kamienie milowe" swoich własnych zobowiązań, co pozwoliłoby KE odblokować środki na polski Krajowy Plan Odbudowy.

W tym konflikcie po stronie Brukseli staje aż 67 proc. wszystkich Polek i Polaków, stanowiska rządu broni tylko 29 proc. Rzecz jest na tyle oczywista, że nawet w grupie praktykujących, z reguły eurosceptycznych, wygrywa pragmatyzm (51 do 44 proc.). Wśród niepraktykujących przewaga odpowiedzi antyrządowych i prounijnych jest miażdżąca, blisko pięciokrotna (79 do 17 proc.).

Zjednoczeni przez wojnę

Jak widzieliśmy wymiar powiązania z Kościołem dzieli wspólnotę narodową i stanowi jeden z filarów kulturowego i politycznego sporu, którego natężenie może niepokoić, nawet jeżeli Polska nie jest jedynym krajem, który przeżywa tak głęboki podział.

Poza lękiem przed kryzysem jest jednak jaśniejsza kwestia, która spaja Polki i Polaków - stosunek do kwestii ukraińskiej, w tym - do obecności w Polsce ukraińskich uchodźczyń i uchodźców. Odpowiedzi praktykujących i niepraktykujących są tu zdecydowanie pozytywne i statystycznie identyczne, nie licząc większego odsetka odpowiedzi "zdecydowanie dobrze" (16 do 11 proc.) w grupie niechodzącej do kościoła (odpowiedzi "raczej dobrze" było już dokładnie tyle samo - po 51 proc.).

Ciekawe, że identycznie wypadły też odpowiedzi na pytanie, przy pomocy którego chcieliśmy uchwycić "lęk przed nowoczesnością". Okazuje się, że obie Polski, ta kościelna i ta niekościelna, z podobnym optymizmem patrzą na zmiany zachodzące w świecie. Inne odpowiedzi sondażu sugerowałyby, że zapewne mają na myśli co innego.

*Sondaż Ipsos dla OKO.press, 6-8 września 2022, metodą CATI (telefonicznie), na ogólnopolskiej reprezentatywnej próbie 1009 osób

**Wynik nie sumuje się do 100 ze względu na zaokrąglenia oraz kilku osób, które odmówiły odpowiedzi

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne