28 grudnia 2020

W poszukiwaniu nadziei po mrocznym 2020. Zawiodło państwo PiS, obywatele zdali egzamin #OKOna2020

Rok, który miał przynieść stabilizację, okazał się koszmarem. Epidemia ukazała nam kruchość świata, w którym żyjemy i cynizm władzy wykorzystującej bezprecedensowy kryzys do ataku na prawa człowieka. Jako obywatelki i obywatele przeszliśmy przez to z podniesioną głową: odpowiedzialni i gniewni

To był trudny rok, dla młodszych może nawet najtrudniejszy, rok, którego nie zapomnimy nigdy. Wielu z nas straciło bliskich, inni - pracę i dochody, niektórzy zapewne wiarę w przyszłość. Większość z nas przeżyła te 12 miesięcy na emocjonalnej huśtawce: między lękiem i gniewem, chwilami radości i żałoby, depresji izolacji i euforii ulicznego buntu. Byliśmy zamknięci w kokonie zdalnej pracy, bliskości na odległość, zostawieni sami przez miotającą się władzę, sami ze swoimi lękami, wątpliwościami, strachem przed nieznanym.

Ale jako społeczeństwo zdaliśmy egzamin i nie dajmy sobie wmówić, że było inaczej:

pokazaliśmy, że największa nawet zaraza nie powstrzyma nas przed obroną fundamentalnych praw, a uzasadniona obawa nie powstrzyma przed gestami solidarności i empatii.

W ostatnim tygodniu 2020 roku na facebookowym profilu OKO.press przypominamy nasze najgłośniejsze teksty i filmy z 2020 roku. Znajdziecie je pod hashtagiem #OKOna2020

Podróż w czasie do stycznia

Oglądam „OKO na styczeń”, comiesięczną audycję, nagrane 11 miesięcy temu podsumowanie tego, co działo się na początku 2020 roku. I mam wrażenie podróży w kapsule czasu. Siedzimy w redakcji przy wspólnym stole, blisko siebie, bez maseczek. Nawet nie wspominamy o koronawirusie, wówczas zagrożeniu egzotycznym, choć pukającym przecież do bram Europy.

Analizujemy za to kolejny atak PiS na sądy, tym razem tzw. ustawą kagańcową, i próby władzy, by podporządkować sobie wolne media - nasze śledztwo ujawnia skalę wpływów Zbigniewa Ziobry w Wirtualnej Polsce.

Brzmi znajomo, nieprawdaż?

Pod koniec 2020 roku mówimy o zamachu na resztki niezależności wymiaru sprawiedliwości i przejęciu mediów lokalnych przez koncern podporządkowany władzy politycznej. Męcząca i upiorna wersja „Dnia świstaka” - każdego dnia od rana ciągle to samo w tej naszej Polsce, bo sądy, media i podstawowe prawa to tematy, które od momentu przejęcia władzy przez PiS nie schodzą z obywatelskiego afisza.

Ale nie znaczy to, że nic się przez ten rok nie zmieniło, byłaby to po pierwsze - defetystyczna, a po drugie - nieprawdziwa konstatacja. Zmieniło się wiele, a wśród nas, obywatelek i obywateli zaangażowanych w życie społeczne, zmieniło się na lepsze. Z naciskiem na obywatelki.

Nie miejmy złudzeń - 2021 rok przyniesie kolejne odsłony ataku rządzących na trójpodział władz, prawa człowieka i wolność słowa, ale jesteśmy do niego dobrze przygotowani - zahartowaliśmy się w tym roku.

Mimo warunków trudniejszych niż kiedykolwiek w wolnej Polsce po 1989 roku, daliśmy radę.

W marcu byliśmy w szoku

Pamiętacie? Marzec 2020 roku zastał nas w stanie bliskim paniki. Rzeczywistość, którą obserwowaliśmy jak opowieść z dalekiego świata, coś na przecięciu filmu grozy i ciekawostek z programów naukowych, stała się nagle, niemal z dnia na dzień, naszą codziennością. Od połowy lutego mogliście przeczytać w OKO.press, że sytuacja jest bardzo poważna, nawet rząd porzucił początkowy, lekceważący ton wobec pandemii koronawirusa.

Od tamtej pory o epidemii w Polsce i na świecie opublikowaliśmy 757 tekstów, średnio 2,4 dziennie! Tym żyliśmy, tym żyjemy, prawda?

Ale co innego czytać i słyszeć, a co innego doświadczyć na własnej skórze. Więc kiedy w pierwszej połowie marca premier Mateusz Morawiecki ogłaszał kolejne etapy ogólnokrajowego lockdownu, byliśmy w szoku. Jak to? To się dzieje naprawdę?

W OKO.press rzuciliśmy wszystkie nasze siły na opisywanie pandemii:

Zaufaliście nam wtedy w stopniu, jakiego nie śmieliśmy oczekiwać - liczba czytelników OKO.press wystrzeliła w górę i przez cały rok pozostała na wysokim poziomie. Chwalimy się tym w innym miejscu.

Tutaj warto powiedzieć, że wiosną zdaliśmy egzamin przede wszystkim jako zdyscyplinowane i świadome zagrożenia społeczeństwo. Ba, nawet rządzący per saldo działali wtedy racjonalnie (zwłaszcza, jeśli porównamy to do ich późniejszej nieodpowiedzialności), wprowadzając za ogromną cenę kłopotów gospodarczych obostrzenia, które przez pierwszą falę pandemii pozwoliły nam przejść pod względem zdrowotnym właściwie suchą stopą.

Niektórym wydawało się wtedy, że kilkutygodniowy wstrząs pozwoli choćby minimalnie zasypać podziały polityczne i zaowocuje odbudową podstawowej więzi i zaufania pomiędzy rządzącymi i rządzonymi. Ale epidemia okazała się stanem permanentnym, a w kwietniu wigor odzyskał Jarosław Kaczyński i zabrał się za reżyserię polskiej codzienności.

Stworzył coś, co zawsze udawało mu się najlepiej: symulator politycznego piekła.

Nie daliśmy się użyć jako mięso armatnie

Pod koniec marca pisaliśmy w OKO.press, że Kaczyński mimo pandemii będzie chciał za wszelką cenę przeprowadzić majowe wybory prezydenckie, lekce sobie ważąc zagrożenie dla zdrowia i życia obywateli. Nawet nam wydawało się, że to analiza nieco zbyt karkołomna. „Ejże, czy my za bardzo nie demonizujemy?!” - pytaliśmy sami siebie.

Okazało się, że było wręcz przeciwnie: nie doceniliśmy determinacji lidera PiS. Determinacji na granicy szaleństwa.

Rząd pod presją szefa wszystkich szefów z Nowogrodzkiej nie chciał wprowadzić stanu klęski żywiołowej, który przesuwałby wybory. Kiedy Kaczyńskiemu wytłumaczono wreszcie, że klasyczne głosowanie przy urnach to horrendum, wymyślił wybory pocztowe.

Przygotowane przez czempiona niekompetencji Jacka Sasina po prostu się nie odbyły. To znaczy bądźmy ściśli: kosztem 70 mln zł wybory się odbyły, bo nikt ich nie odwołał, ale nie został oddany ani jeden głos. Rzecz w demokracji zupełnie bez precedensu.

Jarosław Kaczyński chciał w kwietniu i maju użyć Polaków niczym mięsa armatniego, by zachować pełnię władzy i podległego sobie bezwarunkowo polityka w Pałacu Prezydenckim. Nie udało się również ze względu na opór społeczny: wszystkie sondaże pokazywały, że frekwencja byłaby rekordowo niska, a legitymacja Andrzeja Dudy przez następne pięć lat nieustannie podważana.

Co było później, dobrze pamiętamy. Władza przestraszona, że Andrzej Duda w prawdziwych wyborach może stracić stanowisko, od czerwca zaangażowała po jego stronie wszystkie dostępne zasoby:

Pozornie to się PiS opłaciło: Duda wygrał. Ledwo, ledwo prześlizgnął się nad poprzeczką 50 proc. poparcia w drugiej turze, ale pozostał w Pałacu Prezydenckim.

Swoją drogą dostało nam się od Was w tamtą wyborczą noc. Kiedy na podstawie analizy badania late poll napisaliśmy wtedy jako pierwsi, że jest już „pozamiatane”, z goryczą pisaliście, że się pospieszyliśmy.

Ale naszą misję postrzegamy właśnie tak: piszemy o faktach, których jesteśmy pewni, nawet jeśli nie zgadzają się z naszymi przekonaniami i oczekiwaniami. A jak stawiamy hipotezy, to jawnie.

Dzisiaj możemy napisać, że społeczeństwo obywatelskie podczas lipcowych wyborów zdało egzamin odpowiedzialności za demokratyczną wspólnotę. Po pierwsze, była ogromna frekwencja i niezwykła mobilizacja (również obywateli popierających Andrzeja Dudę), po drugie, ponad 10 mln głosów padło na Rafała Trzaskowskiego - głosów sprzeciwu wobec nienawiści, łamania zasad i kłamstw.

Piszemy "głosów sprzeciwu", bo wiele z nich oddano przecież nie z miłości do kandydata Platformy Obywatelskiej. Wielu z nas zagłosowało z przymrużonymi oczami, a entuzjaści tej kandydatury mogą być rozczarowani niespełnieniem zapowiedzi o nowym ruchu społecznym. A poszliśmy głosować, świadomi dzielących nas różnic. Te 10 milionów jeszcze nie wystarczyło do zwycięstwa, ale są liczbą imponującą. I kiedyś do zwycięstwa wystarczą.

Zbuntowani, gniewni i dumni

18 września napisaliśmy: "Kaczyński dał zielone światło: za 34 dni Trybunał zdelegalizuje aborcję. PiS idzie na wojnę z kobietami". Ale bądźmy szczerzy, do końca nie wierzyliśmy, że obóz władzy się na to zdecyduje i 22 października za pomocą podporządkowanego rządzącym Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej w praktyce zakaże w Polsce zabiegów przerywania ciąży.

Z drugiej strony kolejne miesiące i lata upewniły nas przecież, że jeśli Prawo i Sprawiedliwość zapowie coś niedorzecznego, podłego i godzącego w nasze podstawowe prawa, to nie znaczy, że na końcu się cofnie. Wręcz przeciwnie - trzeba zakładać, że dociśnie gaz do dechy.

Aż do 22 października konsekwentnie biliśmy na alarm, ostrzegaliśmy, że urzeczywistnienie nad Wisłą piekła kobiet to tylko kwestia dni. Ale kiedy Julia Przyłębska odczytywała 22 października sentencję orzeczenia delegalizującego aborcję ze względu na ciężkie i nieodwracalne uszkodzenie płodu, zamarliśmy w niedowierzaniu - który to już raz w tym roku. Znów nie chciało nam się wierzyć, że władza może być tak cyniczna, by wykorzystywać atak drugiej fali epidemii koronawirusa do ataku na kobiety. Że można skazać obywatelki 38-milionowego kraju na tortury.

"Rządzą nami fundamentaliści. Wykorzystali pandemię, żeby kobiety nie mogły wyjść na ulice. Ale wyjdą" - przewidywaliśmy 23 października piórem Agaty Szczęśniak. I mieliśmy rację, bo Polską wstrząsnął największy po 1989 roku wybuch gniewu i społecznego buntu. A my byliśmy z wami na ulicach od Warszawy, przez Łódź, aż do Garwolina i Ostrowca Świętokrzyskiego.

Pisaliśmy i filmowaliśmy bez wytchnienia, bo ta rewolucja musiała zostać dobrze opisana i sfilmowana. Po prostu. Zwłaszcza że jest zwycięska.

Tak, tak, mimo że na ulicach jest coraz mniej osób, mimo, że pierwsza fala buntu opadła, a rząd, który podniósł rękę na polskie kobiety, przetrwał - to strajk kobiet wygrał. Oficjalne ogłoszenie tej wygranej jest tylko odłożone w czasie. Bo świadomość społeczna nie zmienia się na pstryknięcie palcami, bo w kraju miękkiej autokracji władza, która nie chce odejść, ma środki, by na krótką metę przetrwać: od tego ma policyjne pałki teleskopowe, uliczne kotły, areszty, represje i prokuratorów na polityczne zamówienie.

A my jako społeczeństwo pokazaliśmy, że potrafimy sobie zaufać, że jesteśmy świadome i świadomi swoich praw, że potrafimy się oddolnie zorganizować, i że wcale nie tak łatwo nas przestraszyć. I to naprawdę aż nadto, by wygrać - wystarczy się nie zmieniać.

Co dalej?

Podstawy autorytarnej i populistycznej władzy opartej na sojuszu tronu z ołtarzem chwieją się na naszych oczach. Łaska opinii publicznej na pstrym koniu jeździ, ale faktem jest, że notowania PiS znacząco spadły. 80 proc. Polek i Polaków uważa, że nadszedł czas na emeryturę Jarosława Kaczyńskiego, a on niezrażony odgrywa wciąż tę samą melodię, niechętną wobec wszelkich zmian, pogardliwą wobec Unii Europejskiej. Z Kaczyńskim PiS będzie miał problem, by odbudować zaufanie i wrócić do narracji troski o sprawy ludu, bez Kaczyńskiego - układ rozleci się do końca.

PiS stracił poparcie oburzonych kobiet, młodzi go zostawili jak zużyty rekwizyt, również mieszkańcy wsi i klasa ludowa coraz mniej wierzą, że ta władza tak sprawna do tej pory z ich punktu widzenia, transferująca gotówkę i godność ku uboższym obywatelom, poradzi sobie z poważnym kryzysem, jaki nad nami wisi.

Nic oczywiście nie przyjdzie z automatu, najbliższe wybory są zaplanowane dopiero na 2023 rok, ale jak mówił Martin Luther King w 1965 roku w Luizjanie: "Jak długo? Już niedługo".

Będziemy w tym "niedługo" razem z wami i będziemy stać tam, gdzie zawsze: po stronie wolności, równości, sprawiedliwości społecznej, w obronie praw kobiet, mniejszości i trójpodziału władzy.

Udostępnij:

Michał Danielewski

Wicenaczelny OKO.press, redaktor, socjolog. W OKO.press od 2019 roku, pisze o polityce. Wcześniej przez ponad 13 lat w "Gazecie Wyborczej". Pochodzi z Sieradza

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne