16 lipca 2020

10 milionów naszych głosów. Jeśli opozycja to zmarnuje, wtedy naprawdę trafi mnie szlag

Pomysł, że weźmiecie za mordę 10 milionów współobywateli, a resztę będziecie karmić propagandą, w dodatku zwiększając dawki, bo propaganda i władza działają jak narkotyk, jest skazany w dłuższym planie na klęskę polityczną, a od razu na moralną. Proszę was, zatrzymajmy to

Politycznie sytuacja jest bez porównania lepsza niż przed wyborami. To paradoks porażki! Kampania przy wszystkich wadach i deficytach, pokazała, że istnieje ogromna siła, która rzeczywiście ma dość tej władzy i takiej Polski.

Ale jak dalej żyć w kraju, w którym 10 mln obywateli obroniło władzę przed 10 milionami obywateli, którzy - wielu z nich, wielu z nas - rozpaczliwie łaknęli zmiany?

Jakby to nie brzmiało zaskakująco, chcę się zwrócić do szerokiego zaplecza władzy z prośbą o zatrzymanie fali państwowej przemocy i dalszego ograniczania niezależnych ośrodków, środowisk i inicjatyw.

I nie przesadzajmy z tym podziałem Polski na pół.

Powyborcze refleksje naczelnego OKO.press publikujemy w cyklu „Widzę to tak” – od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik, także gości z innych ideowych i politycznych rewirów

Trudno się pozbierać

Rozmawiam z jednym z najodważniejszych "uliczników" setki razy tarmoszonym przez policję, opluwanym przez miesięcznice smoleńskie, mówi mi, że płacze. Ze sztabu Trzaskowskiego słyszę, że ludzie płaczą w słuchawkę, wcześniej były telefony z powtarzanymi za TVP obelgami. Na przykład, że seksedukatorzy w Warszawie uczą czterolatków onanizmu.

Ktoś mówi: "Wyjadę, mam dość tego kraju". Każdy ma prawo, ale bez przesady. 10 milionów 18 tysięcy 263 osoby mają wyjechać?

Ktoś mówi: "Mam się z tym pogodzić? I tak żyć?". To lęk przed tym, że minie złość, skończy się nawet żałoba. Strach przed obywatelską pustką.

Od razu powiem: rozumiem rozczarowanie, sam jestem wkurzony, zwłaszcza, że zabrakło tyle co nic. Ale chcę naiwnie namawiać na inne reakcje. Chociaż miałbym powód do większego żalu niż większość z czytających ten tekst. Ten powód to: 1 stycznia 1953, dzień moich urodzin.

Uświadamiam sobie różnicę, kiedy rozmawiam z koleżankami czy kolegami z redakcji. Dla nich, w większości trzydziestolatków, 5 lat Dudy to jedna dwunasta życia, jakie im zostało, którego koniec jest tak daleko, że go nie widać. Dla mnie - jedna trzecia, a jak dobrze pójdzie (oby nie za dobrze!) odrobinę więcej.

Jak to możliwe, że nie wygrał?

Pierwszą reakcją była niewiara. Gdy o 1 w nocy 13 lipca publikowaliśmy tekst o wyniku late poll (51 do 49 proc.dla Dudy) z dopiskiem w tytule "Pozamiatane", na FB podniosły się głosy protestu, jakby ktoś chciał przepędzić posłańca przynoszącego złą nowinę.

Ale faktycznie, sukces opozycji był na wyciągnięcie ręki. Rafał Trzaskowski, który stał się jego uosobieniem, spisał się lepiej niż ktokolwiek mógł oczekiwać. W I turze zebrał 5,9 mln głosów, w drugiej skoczył na 10 mln z hakiem.

W bitwie na osobowości wygrał, co może nie było trudne, choć Andrzej Sebastian, trzeba przyznać, obok kompromitacji miał też lepsze momenty. Trzaskowski był żarliwy, ale nieagresywny i nienadęty, bywał lekki, nawet dowcipny, rósł z wiecu na wiec. Program miał - bądźmy szczerzy - żaden, coś tam ogłoszono na dwa dni przed I turą. Niepoważne, ale to się (niestety) w tej kampanii nie liczyło. Pod koniec pożyczył trochę idei od Hołowni.

Trzaskowski nie miał programu z wizją Polski, ale dla wielu sam stał się tą wizją.

I jakoś przekonywająco, mimo wszystkich wygibasów ideowych w stylu Platformy, która boi się własnego cienia, dał do zrozumienia, że chce Polski nowocześniejszej, bardziej otwartej, mniej nienawistnej, mocno samorządowej, Polski bez ostrej ideologicznej szajby. Sam chyba nabierał przekonania, że "mamy dość" odwróci losy kraju w końcu pierwszej ćwiartki XXI wieku.

Nie mówił o klimacie, żeby nie straszyć (błąd?). Mało mówił o Europie, żeby nie wyjść na przemądrzalca, ale Polki i Polacy, którzy mieszkają w Europie, przecież nie same elity, lecz głównie ci, których wygnał brak pracy i perspektyw, wybraliby go prezydentem już w pierwszej turze.

W całych wyborach zagranicznych w II turze Trzaskowski wziął 74 proc. głosów (308 tys. do 107 tys. Dudy).

Przegrał o Radom

Wszystkie sondaże wskazywały na remis, dopiero nasz ostatni przedwyborczy zarysował niepokojący wynik: Duda 50, Trzaskowski 47 proc., 3 proc. się wahało. Po policzeniu poparcia wśród (97 proc.) osób zdecydowanych wyszło: 51,5 do 48,5, czyli do bólu trafnie ("Marna pociecha" - pisaliśmy).

Kiedy popatrzeć na skład partyjny elektoratu Trzaskowskiego w II turze (wg danych z sondażu Ipsos w dniu wyborów) ogarnia człowieka niedowierzanie: jak to możliwe, że NIE wygrał?

W elektoratach partyjnych (wg deklarowanego udziału w wyborach do Sejmu 2019) zdobył:

  • 98 proc. wyborców KO (to banał),
  • 92 proc. Lewicy (!),
  • 71 proc. PSL (ale 29 proc. wybrało Dudę),
  • sensacyjne 60 proc. wyborców Konfederacji.

W stworzonym przez Szymona Hołownię żółtym elektoracie, na Trzaskowskiego głosowało 85 proc. (z tych, którzy poszli na II turę), na Dudę sześć razy mniej - 15 proc.

Obrazek elektoratu Trzaskowskiego jest jak tęcza, Dudy jak niebiesko-szary radiowóz. Ale ta niebieska baza 82 proc. własnych wyborców z I tury wystarczyła, bo doszły skrawki, które Duda uciułał: po 6 proc. Bosaka i nowych wyborców, a także 3 proc. Hołowni. Dało to przewagę nad Trzaskowskim 2,06 pkt proc., dokładnie 422 385 głosów.

W tekście po exit poll napisałem, że różni ich Białystok, co w związku z homofobicznymi wątkami kampanii prezydenta z PiS mogło się kojarzyć z zamieszkami z lipca 2019 pod hasłem "Białystok nie dla pedałów". Teraz powiemy, że Duda wygrał o Szczecin. Tyle ich dzieliło.

Ale żebyście się pomylili: Trzaskowskiemu zabrakło połowę tej różnicy, dokładnie 211 193 głosów, Radom starczyłby z naddatkiem.

Pokusa klasistowskiej pogardy, czyli pycha przegranego

W sieci krążą dwie mapy Polski: jedna z poparciem Dudy, druga z nasileniem przemocy domowej i alkoholizmu. Pocieszeniem ma być podobieństwo - ciemnieje plama na południowym wschodzie, zachód i północ są jaśniejsze. "Mapy od czapy" - pisaliśmy o podobnej twórczości kartograficznej.

A gdyby nawet były tego typu podobieństwa nie wynikają przecież z tego, że Duda jest za biciem kobiet, nawet jeśli wygadywał bzdury, że antyprzemocowej konwencji (stambulskiej) nie należy w Polsce stosować. Kolory na takich mapach dyktuje ten sam czynnik - gorsza pozycja materialna i społeczna, trudniejsze życie.

Kiedy patrzymy na skład społeczny wyborców Dudy i Trzaskowskiego stajemy - zwłaszcza będąc w stanie rozżalenia - przed pokusą klasowej pogardy. Popatrzmy na te liczby. Na Dudę głosowało:

  • 77 proc. ludzi z wykształceniem i 75 z zawodowym;
  • 64 proc. mieszkańców wsi, w tym aż 81 proc. rolników;
  • 66 proc. robotników;
  • 64 proc. emerytów;
  • 60 proc. 50-latków i 62 proc. 60-latków plus.
Połowę wszystkich głosów Duda zebrał na wsi, w miastach większych niż 50 tys. (od Pruszkowa poczynając, na Warszawie kończąc) - tylko jedną czwartą.

Odwrotnie z Trzaskowskim. Głosowało na niego:

  • 64 proc. dwudziestolatków (18-29 lat),
  • 65 proc. ludzi po licencjacie lub wyżej,
  • 70 proc. uczniów lub studentów,
  • 55 proc. urzędników,
  • 67 proc. kierowników,
  • 66 proc. właścicieli i właścicielek firm (w większości bardzo małych, rzecz jasna, nie chodzi tu o facetów z cygarami),
  • 66 proc. mieszkańców miast powyżej pół miliona.
Poparcie wyborcze przełamywało się mniej więcej w wieku, w jakim są obaj (po 48 lat). Na Dudę głosowało 61 proc. starszych niż on i 39 proc. młodszych, na Trzaskowskiego - odwrotnie. Jak mówi znajoma lekarka, to nie było święto demokracji, tylko demografii.

Dudę poparł elektorat uboższy, niżej położony w społecznych hierarchiach, zapewne - tego Ipsos nie sprawdzał - silniej przywiązany do Kościoła, tradycyjny, dalej od modernizacji, dalej od Europy. Duda wygrał w konserwatywnym obwarzanku 7 województw południowowo-wschodnich, a cofając się o 150 lat - w dawnym zaborze rosyjskim i C. K. Galicji (na Mazowszu bez głosów zagranicy także wygrywał Duda 1 523 tys. do 1477 tys.).

Trzaskowski wygrał w 9 północno-zachodnich, dawnym zaborze pruskim i tzw. Ziemiach Odzyskanych, bliżej - Jezus Maria! - Niemiec i przez Bałtyk Skandynawii, a także zlaicyzowanych Czech, ale już nie konserwatywnej Słowacji.

Załamani wyborcy Trzaskowskiego odcinają w myślach tę wschodnią Polskę, albo Polskę chłopską, snują fantazje na temat wprowadzenia cenzusu wykształcenia. Gdyby nie wieś i starzy ludzie - wzdychają.

Są w tym dwie pułapki.

A ile lat ma redaktor Pacewicz?

Pierwsza etyczna, obywatelska. Zawsze, gdy publikujemy dane sondażowe o propisowskich sympatiach ludzi starszych osób, podnoszą się głosy oburzenia: też mam 64 lata i nie głosuję na nich. "Ciekawe, ile lat ma redaktor Pacewicz?" (już mówiłem: 67).

Wiek nie działa automatycznie: 38 proc. najstarszych wyborców głosowało na Trzaskowskiego. W 2017 czy 2018 roku to my byliśmy najliczniejszą generacją w masowych demonstracjach. Starzy wyszli ulice, gdzie jest młodzież, pamiętacie te narzekania?

Jedna trzecia robotników poparła Trzaskowskiego, nieoczekiwanie wygrał on wybory w miastach do 50 tys. mieszkańców: 53 proc. do 47 proc.

Jakbyśmy tak sobie Polskę dzielili, to najlepiej byłoby zostawić prawa wyborcze tylko kobietom do czterdziestki, Trzaskowskiego w tej grupie popierało (wg sondażu OKO.press z 8 lipca) 69 proc., a Dudę 27 proc. (5 proc. się wahało).

Konstytucyjna zasada powszechności wyborów stanowi jednak, że każdy obywatel i każda obywatelka ma takie samo wyborcze. Żadnych cenzusów. Głos najbardziej queerowej aktywistki i profesora najbardziej katolickiej uczelni liczy się tak samo, Owsiak i Holecka mają po jednym głosie, nacjonalista wrzeszczący, że "zamiast liści będą wisieć komuniści" i Olga Tokarczuk - też po jednym (co widać na filmie OKO.press).

Przyjęcie pogardliwych uogólnień niczemu nie służy, poza prymitywnym samo-pocieszaniem.

Kaczyński na opak

Ma drugą wadę, zatrzymuje refleksję. Nie musimy już pytać, dlaczego oni i one głosują na Dudę, bo to drugie pół Polski przestaje nas interesować. W pewnym sensie robimy to samo, co Kaczyński tyle, że na odwrót. W liście do członków PiS Kaczyński pozbawia polskości opozycję: "siła antydemokratyczna, antypaństwowa, antykonstytucyjna i w istocie zewnętrzna (...), chcą obalenia władzy przy pomocy 'ulicy i zagranicy', a więc siłą i z wykorzystaniem ingerencji zewnętrznej (...) rzucają haniebne i bezpodstawne oskarżenia na nasz Naród".

Zamiast lecieć Kaczyńskim à rebours, trzeba jak najszybciej zrozumieć i przynajmniej osłabić źródła klasowych podziałów. Bo one nas mogą załatwić do reszty.

Ludzie mniej wykształceni - a to jest główny czynnik tworzący "elektorat ludowy" - są bardziej podatni na chwyty propagandy TVP i toczy się błędne koło: obóz władzy uczy się, że agresywny przekaz wystarczy, nawet najbardziej skrajny i absurdalny. Na znanej zasadzie zmiany postaw, że zaczynamy wierzyć w to, co mówimy, nawet początkowo bez przekonania, obóz władzy utwierdza się i utwardza. Mistrzem ceremonii zostaje inteligentny cynik Jacek Kurski i jego TVP. Politycy obozu władzy obniżają poziom, bo suweren, który ich wybiera, nie wymaga zbyt wiele.

Ludzie mniej wykształceni, z miejscowości, gdzie nie ma kablówki, jest za to parafia i TVP, która jest wszędzie, łatwiej przyjmują uproszczone wersje historii i współczesności, i chętniej akceptują ograniczanie czy wręcz odchodzenie od zasad demokratycznych.

Takie jest ryzyko. A wyjaśnienie?

Realne interesy klasy ludowej. Mają powody do wdzięczności

Odrzucając klasistowską etykietę trzeba zrozumieć wyborcę PiS, co wymaga przełamania uprzedzeń, które wg badań Bilewicza są silniejsze w tę stronę, niż w odwrotną. Przed II turą w sondażu Ipsos zapytaliśmy o motywy głosowania :

Wyborcy Dudy najczęściej wskazywali na socjalny lęk: "żeby nie pogorszyły się warunki życia takim ludziom jak ja". Takie obawy często wyśmiewane są przez "naszych" jako efekt przekupstwa 500 plus. Tymczasem stoi za nimi realne doświadczenie. W Polsce od przejęcia władzy przez PiS w 2015 roku:

  • ubóstwo skrajne spadło z 6,5 proc. do 4,2 proc (2019),
  • ubóstwo relatywne z 15,5 do 13 proc. (2019),
  • płaca minimalna wzrosła z 1750 do 2600 zł (2020),
  • bezrobocie rejestrowane spadło z 9,7 do 5,5 proc. (w 2020 roku tuż przed wybuchem pandemii, dziś przekracza 6 proc.),
  • realny dochód najuboższych 20 proc. społeczeństwa wzrósł w latach 2015-2019 aż o 48 proc.

Wszystko to nastąpiło po rządach PO-PSL, które miały wiele sukcesów, zdławiły kryzys 2008 roku, pozwoliły uniknąć recesji. Zostawiły po sobie potężne inwestycje, schetynówki i orliki, ale także wspomnienie ekonomicznej deprywacji dużych grup społecznych, zwłaszcza na wsi i w małych miasteczkach.

Poczucie krzywdy, że Polska rosła w siłę a ludziom nie żyło się dostatniej, do pewnego stopnia uzasadnione, dało PiS zwycięstwo w 2015 roku i jest umiejętnie podtrzymywane przez propagandę PiS.

Sięgnijmy do klasyka. Kaczyński o rządach PO-PSL: "Jedynym naprawdę obowiązującym prawem było prawo silniejszego i to zarówno tego z naszego kraju, jak i zewnętrznego", był to „system głęboko niesprawiedliwy, godzący w interesy milionów Obywateli”, czas „bezrobocia, niskich płac, niskich świadczeń społecznych i jednocześnie nieefektywny, obciążony ogromną korupcją i przyzwalający na wyprowadzanie z Polski wielkich środków za granicę”. Krótko mówiąc: [Władza PO-PSL] "grabiła obywateli".

Lider PiS pisał też, jakby układał pasek TVP Info:

„Przez osiem lat rządów PO korzystało z racjonalnej polityki PiS lat 2005-2007”. Jeśli coś się udało przez te 8 lat, to i tak była to zasługa prezesa i jego partii.

Propaganda szła po bandzie, by utrzymać przekonanie, że jak wrócą ONI, to odbiorą np. 500 plus. I wróci bieda.

Trzaskowskiemu, mimo zapewnień, że 500 plus i wiek emerytalny są święte, mimo przepraszania za liberalną politykę, trudno było się przebić przez uzasadnioną wdzięczność klasy ludowej.

Jak pisał w OKO.press Aleksander Smolar, "PiS dokonuje redystrybucji ekonomicznej, ale także redystrybucji godności, zarządza strachem i odpowiada na potrzebę wspólnotowości: my Polacy-katolicy stajemy równi w obliczu wspólnych wrogów". To nie są tylko wyborcze łapówki, te pieniądze mają wartość dodaną.

Demokracja opiekuńcza, czyli problem jest głębszy

Jedna czwarta wyborców Dudy wskazuje na motyw "żeby w Polsce była demokracja i praworządność". W naszej bańce wydaje się, że to niemożliwe, ale słowo demokracja ma w Polsce różne znaczenia.

Badania nad postawami demokratycznymi już na początku lat 90. pokazały, że praktycznie wszyscy akceptują wartość "wolnych wyborów". Poza tym jednak postawy rozjeżdżają się i tworzą dwie wiązki, które Janusz Reykowski w książce "Rozczarowanie demokracją. Ujęcie psychologiczne" (2019) opisuje jako "liberalno-demokratyczne" i "opiekuńcze". Oto tabelka (s. 229):

"Biegun opiekuńczy" występuje w dwóch wersjach: obok ujęcia czysto socjalnego (ochrona interesów robotników, emerytów i rencistów, opieka lekarska dla wszystkich itp.) jest ideologiczne - ujmowanie demokracji jako państwa, które ma chronić wartości chrześcijańskie (młodzież wychowywana w duchu religijnym, tradycje "Solidarności", wartości narodowe).

Pierwsza wersja to ślad realnych interesów, druga to czysta ideologia. W kampanii Dudy odegrała równie istotną rolę, występując w wersji hard.

Duma z Dudy, czyli obrona polskich rodzin przed zboczeńcami

"Żeby Polacy byli dumni ze swego kraju" - to drugi motyw wyborców PiS. Brzmi pięknie. Ta narodowa duma ukrywa jednak rzeczy nieprzyjemne, bo istotą Polski Kaczyńskiego (a zatem i Dudy) jest stałe zagrożenie przez wrogów i deprawatorów. W kampanii 2020 tę rolę pełnili Niemcy, Żydzi, ale przede wszystkim Bogu ducha winne osoby LGBT.

Ton nadał Kaczyński w fatalnie skonstruowanym zdaniu: "Podjęta została oszukańcza próba przekonania społeczeństwa, że przedstawiciela skrajnej lewicy, którego poglądy znalazły już aż nadto jasny wyraz w sposobie rządzenia Warszawą, w czasie którego dał się poznać jako zagorzały zwolennik ideologii LGBT marzący o tym, by jako pierwszy udzielić ślubu parze homoseksualnej, przedstawia się jako katolika, kontynuatora „Solidarności”, a nawet osobę nawiązującą do tradycji Prezydenta Lecha Kaczyńskiego”. Uff!

Ten homofobiczny akcent dał zachętę Dudzie, by wzbudzać nienawiść i strach przez Sodomą i Gomorą, jaką oznaczałyby rządy opozycji.

Analizowaliśmy te bzdury. Na wiecu wyborczym Duda mówił o LGBT: „Próbuje się nam proszę państwa wmówić, że to ludzie. A to jest po prostu ideologia”. I ciągnął w stylu „tęczowej zarazy” abp. Jędraszewskiego. „Przez cały okres komunizmu w szkołach dzieciom wciskano komunistyczną ideologię. To był bolszewizm. Dzisiaj też próbuje nam się i naszym dzieciom wciskać ideologię, tylko inną, zupełnie nową. To jest taki neobolszewizm”.

Wymowa tych słów jest oczywista: mają wzbudzać niechęć do osób nieheteroseksualnych, kojarząc orientację seksualną z jakąś groźna ideologią (nie wiadomo, na czym miałaby polegać, ale to nie ma znaczenia). Wyrazem tej samej homofobicznej obsesji jest propozycja wpisania do Konstytucji zakazu adopcji dzieci dla par homoseksualnych „dla bezpieczeństwa dziecka, dla jego prawidłowego wychowania, dla strzeżenia przez polskie państwo dobra dziecka”.

Sugestia jest klarowna: osoby LGBT czyhają na dzieci, które rodzą pary heteroseksualne i chcą je adoptować w złowrogich celach.

Duda idzie tu śladem „homofobii wyborczej”, którą posłużył się Kaczyński w haśle „Wara od naszych dzieci” z marca 2019 roku; przyniosło skutek w kampanii do Parlamentu Europejskiego. Pomogło i teraz.

Tłumacząc się ze swoich homofobicznych odzywek Duda użył klasycznego języka tzw. nowoczesnej homofobii:

„Mnie różność i inność absolutnie nie przeszkadza. Ja nie zwracam uwagi kompletnie na to, jak żyją moi sąsiedzi, kim są moi sąsiedzi, dopóki ci sąsiedzi nie zaczną się zachowywać w sposób wyzywający i nie zaczną się swoim zachowaniem w jakiś sposób narzucać.

Ja uważam, że to, jakie są ich preferencje, co lubią, jeżeli realizują to w czterech ścianach swojego domu, jeżeli traktują to jako swoją sprawę prywatną, to mnie nic do tego. Podobnie jest zresztą ze mną, z moją żoną, to są nasze wewnętrzne relacje i my się z tymi relacjami na zewnątrz nie obnosimy i nikogo nie zmuszamy do tego żeby musiał te relacje, zwłaszcza intymne, obserwować.

Jestem absolutnym zwolennikiem różnorodności, ale różnorodności, gdzie tolerancja polega na tym, że również i ja, i moje poglądy, i moje przekonania, co do tego, co to znaczą normy obyczajowe i moralne są szanowane.

Oczekuję, że też będę szanowany. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy to mniejszość usiłuje narzucić swoją wolę większości”.

Duda wypowiedział absurdalną tezę, że uznanie praw osób nieheteroseksualnych (np. do legalizacji swoich związków partnerskich czy małżeństw) stanowi – jak to ujmują „nowocześni homofobi” – formę dyskryminacji osób heteroseksualnych (Ryszard Czarnecki wyraził to tak: „Wszelkie prawa ci ludzie w Polsce mają zagwarantowane, natomiast jeżeli domagają się czegoś więcej niż osoby heteroseksualne, to dlaczego? W tym momencie osoby heteroseksualne mogą się poczuć dyskryminowane”).

Nowoczesna homofobia sprowadza się do tego, by „tolerować” inne orientacje, ale pod warunkiem, że osoby nieheteroseksualne będą żyły w ukryciu. Deklaracje Dudy, że nie obnosi się ze swoimi relacjami z żoną zostały ośmieszone m.in. przez pisarza i wyoutowanego geja, Jacka Dehnela, który przypomniał kampanijne zdjęcia Dudy całującego się z żonę. „Mój wzwód jest lepszy niż twój” – ironizował Dehnel.

Taka mowa nienawiści w ustach prezydenta sporego europejskiego kraju zadziwia świat.

Ale skuteczność homofobii wyborczej nie jest aż tak zdumiewająca, co pokazuje wynik sondażu OKO.press z sierpnia 2019. Pytaliśmy o największe zagrożenia stojące przed Polską.

Męskim lękiem numer jeden (wskazanym przez 31 proc., dwa razy częściej niż u kobiet), okazał się właśnie atak na „polskie rodziny”, który według propagandy PiS prowadzą „ruchy LGBT i ideologia Gender” (pojęcia używane zamiennie).

Kobiety boją się, żeby tak rzec, mądrzej. Przede wszystkim katastrof: klimatycznej (38 proc.), załamania ochrony zdrowia (27 proc.), a także politycznej, jaką byłoby dla Polski opuszczenie UE oraz wzrostu ruchów nacjonalistycznych (po 25 proc. wskazań).

Widać tu głębiej ukryte przyczyny sukcesu wyborczego Dudy: zagrożenie przez świat ponowoczesny męskiej pozycji, tradycyjnej roli, frustracja facetów, zwłaszcza uboższych i mieszkających na wsi. Odsetek singli wśród młodych kobiet (18-30 lat) wynosi 20 proc., wśród mężczyzn aż 47 proc. Nie ma tu miejsca na głębszą psychoanalizę polityczną (można zajrzeć do tekstu poniżej), ale kryzys męskości mógł dać Dudzie więcej głosów.

Męska szajba, czyli lęk przed atakiem na rodzinę

Podatność mężczyzn na homofobię ujawnia być może głębiej ukryte przyczyny sukcesu wyborczego Dudy: zagrożenie męskiej pozycji, tradycyjnej roli, a nawet frustracji mężczyzn zwłaszcza żyjących na wsi. Jak wynika z sondażu Kantar dla Wyborczej z kwietnia 2019 roku odsetek singli wśród młodych kobiet (18-30 lat) wynosi 20 proc., wśród mężczyzn aż 47 proc. Masa młodych mężczyzn nie ma szans na znalezienie partnerki, bo są one już zajęte – mają o kilka lat starszych mężów lub partnerów.

"Najdziwniej robi się jednak, gdy przyjrzymy się rozmieszczeniu męskich singli na drabinie społecznej. O ile wśród młodych kobiet miejsce zamieszkania czy dochody nie mają wpływu na odsetek singielek, wśród młodych mężczyzn jest odwrotnie. Wśród tych z wykształceniem podstawowym singlami jest aż 69 proc., wśród tych z wyższym – tylko 25 proc. Na wsiach singli jest aż 58 proc., w większych miastach – 37 proc. No i najciekawsze: wśród młodych mężczyzn bez żadnych dochodów singli jest aż 71 proc., a wśród tych z dochodami powyżej 4500 zł na rękę tylko 22 proc.

Jeżeli masz wyższe wykształcenie, dochody i mieszkasz w dużym mieście, to znalezienie dziewczyny będzie proste. Ale jeśli jesteś młodym facetem bez wykształcenia i dochodów, który mieszka na wsi, to możesz sobie darować" - analizował wyniki Krzysztof Pacewicz.

I dalej:

"Świat poszedł do przodu, dziewczyny też, ale chłopcy zostali w poprzedniej epoce. 78 proc. młodych mężczyzn uważa, że „rolą mężczyzny jest praca i utrzymanie rodziny” – wśród młodych kobiet tylko 53 proc. Aż 25 proc. młodych facetów zgadza się ze zdaniem: „Płacz nie przystoi prawdziwemu mężczyźnie”; wśród młodych kobiet tylko 9 proc. Mężczyźni mają także tradycyjną wizję kobiecości: częściej uważają, że „rolą kobiety jest zajmowanie się domem i rodziną”, częściej uważają, że „to naturalne, że kobieta potrzebuje męskiej ochrony” i że „jeżeli kobieta miała zbyt wielu partnerów seksualnych, źle to o niej świadczy”.

Podsumowując: „oni” mają dużo bardziej konserwatywny i przestarzały obraz męskości i kobiecości niż „one”. Homoseksualiści, podobnie jak wszystkie inne osoby niedające się w prosty sposób zakwalifikować do tego tradycyjnego modelu (np. osoby bi- i transseksualne bądź nieidentyfikujące się z żadną płcią), zaburzają poczucie bezpieczeństwa młodych mężczyzn. A młodzi mężczyźni, jak to młodzi mężczyźni, reagują na zaburzone poczucie bezpieczeństwa agresją. Takiej reakcji nauczyła ich cała kultura, ta nasza narodowo-militarna, i ta hollywoodzko-popularna – w obu od mężczyzny oczekuje się, by w razie problemów „wziął sprawy w swoje ręce”. Młodzi mężczyźni chodzą więc na demonstracje z flagami „Zakaz pedałowania” i wyzywają się nawzajem od „ciot”.

Samotnym mężczyznom można nawet współczuć, ale w niczym to nie rozgrzesza tych, którzy homofobiczne brednie produkują.

Cynicznym twórcom masowej chorej wyobraźni, z Jackiem Kurskim i usłużnym gronem "dziennikarzy TVP", którzy nie są przecież idiotami, należy się moralne potępienie. Zapewne nie wyrazi go komisja etyki TVP, w której zasiada Holecka, Ziemiec czy Nowina-Konopka (autor wielu felietonów w stylu marca 1968).

Tylko świnie siedzą w "Wiadomościach" - nie waham się tak powiedzieć. PiS zebrał autentyczną wdzięczność milionów wyborców, ale Jacek Kurski dołożył do tego grono zaczadzonych umysłów. Gdyby nie TVP Duda, by tych wyborów nie wygrał.

Proszę was bardzo, nie sięgajcie po przemoc

Jak dalej żyć w kraju, w którym 10 mln obywateli obroniło władzę przed 10 milionami obywateli, którzy - wielu z nich, nas - rozpaczliwie łaknęli zmiany? Zacznijmy od tej drugiej strony, zwycięskiej.

Można oczekiwać zaostrzenia kursu, co u nas opisała Dominika Sitnicka i Mariusz Jałoszewski w artykule, którego tytuł mówi wszystko: "Plan Ziobry: przejąć media, sądy, a nawet szkoły i uczelnie. Cel: władza totalna". PiS dokręci śrubę, bo musi sobie zdawać sprawy, że nie stworzył żadnych mechanizmów rozwoju społecznego i nie umie nawet zabrać się za rozwiązanie prawdziwych problemów jak depopulacja Polski i starzenie się społeczeństwa, katastrofa klimatyczna i zacofana energetyka, kryzys globalnej gospodarki i marne perspektywy polskiej. I doraźnie - wbrew triumfalizmowi Dudy czy Morawieckiego - recesja po pandemii.

Czy scenariusz zaostrzenia kursu jest nieuchronny? Z kim o tym rozmawiać? Nie ma sensu zwracać się do Ziobry, Dudy, Kurskiego, a także do Kaczyńskiego, płyną jak na fali powodziowej, chcą władzy, kontroli, chcą dorżnąc rywali i dokończyć bitwę: „Stoi przed nami ogromne wyzwanie. Jeśli tego teraz nie zrobimy, jeśli nie zajmiemy się edukacją, sferą nauczania na uniwersytetach, jeśli nie zajmiemy się obszarem mediów, to przegramy bitwę o polskie dusze" - mówi Ziobro.

Są niewolnikami własnego populizmu, który zakłada, że oni i tylko oni wyrażają interesy narodu, a zwycięstwo wyborcze daje im niekontrolowane prawo do władzy. "Nie można odmawiać zwycięskiej większości prawa do realizacji programu. Spełnianie zapowiedzi jest obowiązkiem względem obywateli. Podważanie tych zasad jest sprzeczne z podstawami demokracji przedstawicielskiej. Podmywa fundamenty parlamentaryzmu" - mówił Duda w kuriozalnym orędziu z okazji 550. rocznicy polskiego parlamentaryzmu.

Ale przecież po tamtej stronie jest 10 milionów Polek i Polaków, w tym szerokie zaplecze władzy, organizacje, lokalne i zawodowe elity, środowiska uniwersyteckie, a nawet niektórzy posłowie i niezaczadzeni dziennikarze. Znaczna część inteligencji popiera PiS (co trzeci po studiach). Wielu z nich, z was czyta OKO.press (nasz FB obserwuje 458 tys. osób, ale z tego 69 tys. nas nie polubiło; niespotykana proporcja).

Jakby to nie brzmiało zaskakująco, chcę się zwrócić do nich, do was z prośbą o zatrzymanie fali państwowej przemocy i dalszego ograniczania niezależnych ośrodków, środowisk i inicjatyw. Czyli o to, by powstrzymać wzrost monopartyjnego Lewiatana, przed którym ostrzegaliśmy od początku OKO.press.

Proszę o to, nie dlatego, że boję się o naszą redakcję; w latach 1982-1989 byłem dziennikarzem podziemnego Tygodnika Mazowsze, pisma "Solidarności", to uodparnia. Nie chcę was także straszyć, że działania władzy zostaną kiedyś ukarane (bo nie wiadomo). Wolę raczej zaapelować, byśmy nie ponieśli niepowetowanych strat jako narodowa wspólnota, niezależnie od tego, czy odpowiedzią naszej strony na dokręcanie śruby będzie apatia czy agresja i w jakich proporcjach.

Po co wam to? Pomysł, że weźmiecie za dupę 10 milionów współobywateli, a resztę będziecie karmić propagandą, w dodatku zwiększając dawki, bo propaganda i władza działają jak narkotyk, jest skazany w dłuższym planie na klęskę polityczną, a od razu na moralną.

Rozumiem fascynację polityczną skutecznością, ale proszę was o namysł, czy chcecie uczestniczyć w takim planie? Czy to się może opłacać w głębszym tego słowa znaczeniu? Czy to ma dla was sens? Czy nie lepiej poszukać innej opcji, w której wasza połowa Polski znajdzie lepsze rozwiązanie niż likwidowanie, zamykanie, ograniczanie i zniechęcanie?

(Gdyby ktoś z was chciał odpowiedzieć - zapraszamy na łamy OKO.press).

Politycy opozycji, czyli przegrani wygrani

Politycznie sytuacja jest bez porównania lepsza niż przed wyborami. To paradoks porażki! Kampania przy wszystkich wadach i deficytach, pokazała, że istnieje ogromna siła, która rzeczywiście ma dość tej władzy i takiej Polski. Znowu - jak w ruchu "Solidarności" za komuny - jest nas 10 milionów. Kropka.

Kropka? Nie, tu zaczynają się problemy, które politycy muszą rozwiązać.

W tych 10 milionach jest lekko licząc 2,7 miliona wyborców Hołowni, ruchu, który ma swoją specyfikę, swojego lidera, z politycznym talentem i własnymi ambicjami. Analogie z Kukizem, Petru czy Palikotem nie mówiąc o Lepperze, są absurdalne.

A co ma zrobić drugi polityczny talent, czyli Rafał Trzaskowski? Ja się wyrwać z ograniczeń swojej formacji, zdjąć z siebie piętno Platformy Obywatelskiej, z jej liberalną gębą i "winą Tuska", po kilku porażkach z rzędu? A zarazem wykorzystać to, co partia oferuje? Zestaw rad spisał w OKO.press Michał Danielewski odbijając się od błędów, jakie popełniła opozycja w Wenezueli nie potrafiąc poradzić sobie z populistą Chavezem.

Co dalej z wyborcami Lewicy (w wyborach 2019 2 mln 320 tys. osób), którzy w ogromnej większości (92 proc.) poparli Trzaskowskiego? Po dotkliwej porażce Biedronia lewicowa koalicja szuka ukojenia podkreślając, że nie da się zepchnąć do roli satelity.

W imieniu tych 10 milionów różnych wyborców - choć bez żadnego upoważnienia - apeluję do wszystkich tych polityków, by znaleźli pomysł, który nie zamazując różnic, wykorzysta potencjał jaki wszyscy stanowimy.

Wyborczej nocy Marek Borowski mówił Agacie Szczęśniak o idei komisji porozumiewawczej ugrupowań opozycyjnych. Mogłaby dogadywać się co do wspólnych akcji protestacyjnych, występować przeciwko represjom, uzgadniać postępowanie w Sejmie. "Jeżeli tego nie będzie, PiS będzie hulał". Naturalnym liderem takiego komitetu byłby Trzaskowski, co wymaga pewnego ograniczenia ambicji Budki, Czarzastego, Biedronia, Kosiniak-Kamysza, Zandberga i last but not least Hołowni, bez którego taki komitet straciłby wiele ze swej mocy.

Mamy prawo domagać się wykorzystania sukcesu od Rafała Trzaskowskiego, bo daliśmy mu nasze głosy. My wszyscy - wyborcy Platformy, Hołowni, Lewicy, ludowców, zwolennicy i aktywiści samorządów, ruchy obywatelskie, opozycja uliczna, zbuntowane środowiska zawodowe, organizacje kobiece, mniejszości, czytelnicy niezależnych mediów.

To nie przekreśla rywalizacji politycznej, z której mogłaby się wyłonić nowa scena polityczna. Narzucałaby się wizja trzech współpracujących bloków: bardziej w prawo Hołownia, w środku Trzaskowski z samorządami, z lewej Lewica, chwilo bez lidera, a może - wolno pomarzyć - z liderką w hiper-męskim świecie polskiej polityki.

Wariant pesymistyczny - to ugrzęźnięcie Trzaskowskiego w platformerskiej masie, strukturach, nawykach. Partia Budki (do niedawna Schetyny) pokazała w wyborach sporą energię, potrafi prowadzić grę polityczną, ale nie porywa wizją, programem, aktywizmem. Za dużo sytych kotów, za mały głód sukcesu. A do tego obrażona na świat Lewica, nie mówiąc o Kosiniak-Kamyszu. I Hołownia, który będzie wszystkich podgryzał.

Rafale Trzaskowski, wyjdź poza partyjną rutynę

Przez większość zawodowego życia zajmowałem się tzw. dziennikarstwem obywatelskim i wiem, jak wdzięcznym działaniem są akcje społeczne, o ile trafiają w cierpienia, potrzeby, nadzieje i dotykają fundamentalnych wartości, na czele z poczuciem godności. Czy to tak "egzystencjalne" jak nasze "Rodzić po ludzku" (jednym z pierwszych laureatów był szpital w 18-tysięcznej Sokółce, na konserwatywnym Podlasiu) i "Umierać po ludzku" (prowadziliśmy ją w "Gazecie Wyborczej" wspólnie z duszpasterzem hospicjów ks. Piotrem Krakowiakiem), czy cierpliwe jak "Szkoła z klasą", czy lekkie jak "Polska biega" (mieszkańcy miasteczek w całej Polsce na trasie naszych sztafet czuli się wyróżnieni samym faktem, że jacyś zakręceni ludzi z Warszawy, a wśród nich Robert Korzeniowski, przebiegają przez ich rynek).

Trzeba dotrzeć do ludzi schodząc z ekranów TVN24 (z całym szacunkiem dla stacji!). Trzeba "uruchomić" lokalnych działaczy.

Dostałeś Rafale Trzaskowski 10 milionów głosów? Pokaż, że chcesz i potrafisz zatroszczyć się o wszystkich obywateli.

Nie wystarczą festyny, ściskanie rąk. Trzeba skupić się na konkretach, które ludzi bolą. Pokazać, że demokracja to prawa, które odczuwamy na co dzień lub nie: do sensownej edukacji, szacunku lekarza, pomocy urzędnika, opieki nad starszym i chorym.

Może ruch na rzecz finansowania in vitro, skoro rządowy program PO-PSL był gigantycznym sukcesem, dając dostęp do drogiej procedury wszystkim potrzebującym? Wiele samorządów już funduje zabiegi.

Morawiecki rozwoził czeki, co było czystym przekupstwem. Pokaż, Rafale Trzaskowski, że twoja deklaracja tuż po wyborach, że "trzeba budować wspólnotę. Trzeba przede wszystkim tchnąć nadzieję w serca wszystkich, również tych, którzy głosowali inaczej niż my", przekłada się na konkret.

Opozycja powinna wziąć udział w rywalizacji na wdzięczność obywateli. To nie żaden wstyd.

Trzaskowski i Lewica napotkają tu zresztą konkurencję Hołowni, który zapowiada tworzenie żółtego ruchu, w tym lokalne obywatelskie debaty. Będzie miał atut antypartyjnego przekazu, kogoś, kto dostrzeże drzwi w ścianie PiS/PO, od której od lat odbijają się wyborcy opozycji.

A co my obywatele? Nowa arytmetyka społeczna

A co nam - społeczeństwu obywatelskiemu, niezależnym organizacjom, ruchom protestu, organizacjom pozarządowym - robić należy? Jak nie ulec rozpaczy, nie dać się apatii? Zapytana o to przez OKO.press prof. Łętowska lekko się wkurzyła: "Przede wszystkim nie biadolić w jałowy sposób. Inne rady to raczej do lekarza lub pocieszyciela duchowego. Moje kompetencje za słabe".

Tuż PRZED wyborami rozmawialiśmy z rzecznikiem naszych praw Adamem Bodnarem: "Mamy zbyt katastroficzne podejście do rzeczywistości, na zasadzie ciągłej optymalizacji zysków z zaangażowania społecznego. A to nie jest tak, że w działaniach w obronie demokracji dwa plus dwa jest zawsze cztery. Najważniejsze, że pokażemy swoje zaangażowanie i mamy czyste sumienie obywatelskie".

Wystarczy, żeby dwa plus było nawet 0,5? - zapytaliśmy

"Jeśli będziemy maksymalizować oczekiwania, to zawsze zapędzimy się w pułapkę, że nam nie wyszło. Że coś jest nie takie, jak trzeba. Weźmy wasz portal, jak zaczynaliście myślał pan, że tak to pójdzie? Po pandemii powinniśmy jako społeczeństwo obywatelskie wykorzystać te nowe zdalne narzędzia komunikacji, by poprawić jakość debaty publicznej.

Społeczeństwo obywatelskie ma prawo być zmęczone.

To prawda. Ale powinniśmy pamiętać, że – ktokolwiek zamieszka w Pałacu Prezydenckim – wciąż mamy wolność słowa, zrzeszania się, organizowania pokojowych zgromadzeń, prawo do petycji, do skargi, dostęp do informacji publicznej, mamy swoich reprezentantów w parlamencie, od których może egzekwować określone zachowanie.

Możemy nadal robić swoje. Cały czas robić swoje, jakikolwiek będzie wynik. Niezależnie od tego kto rządzi, bo każdy polityk będzie popełniać błędy".

Nie wiem, co tu jeszcze można dodać.

Mieszkać w OKU.press

Ktoś może uznać, że mój optymizm jest na wyrost. Przyznam się bez bicia, że nie wiem, jak bym śpiewał, gdyby nie OKO.press. Praca dziennikarza, nawet w trudniejszych czasach, daje komfort poczucia wpływu i uczestnictwa. Opisując kłamstwo rozbrajasz je, przynajmniej sam dla siebie, ujawniając przemoc (prawną, instytucjonalną, policyjną), masz przynajmniej satysfakcję, że ostrzegasz. Każda represja, nikczemność, głupota boli i obraża nasz rozum i nasze wartości. Opisanie ich sprawia, że boli mniej.

W dodatku, pisząc i redagując OKO.press widzimy, że te słowa płyną dalej w setkach, a czasem grubych tysiącach udostępnień, obrastają setkami komentarzy. Razem budujemy przestrzeń, w której mieszkamy wszyscy, i piszący, i czytający.

Dlatego was także namawiam, by nie dać się rozpaczy, nienawiści, pogardzie, pretensjom, zwanym kiedyś swarami. Nadchodzą ciekawe czasy, w których wszystko się zmieni. A jeśli się nie zmieni, to będzie nasza wina.

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne