Dziwne biznesy Morawieckiego i spółki kontrolowanej przez Kaczyńskiego. Afera szefa NIK Mariana Banasia. Trolle i nieprawidłowości finansowe w resorcie sprawiedliwości. Gigantyczne wynagrodzenia ludzi PiS i loty marszałka Sejmu. O tym wszystkim wiemy dzięki mediom

„Informacja? To, co ktoś gdzieś chce przemilczeć. Cała reszta jest reklamą” – stwierdził przed laty Alfred Harmsworth, właściciel londyńskiego „The Times”*. W polskich mediach w ostatnich latach jest coraz więcej „reklamy”, a w publicznych i prywatnych mediach prorządowych – wręcz propagandy.

Ale 2019 rok był niezwykły. Niezależne media bez przerwy ujawniały informacje niewygodne dla rządzących i sprawy, które władza wolałaby z pewnością ukryć przed opinią publiczną.

To dzięki pracy dziennikarzy wychodziły na jaw największe afery z udziałem ludzi z obozu władzy. PiS bezpowrotnie straciło wizerunek, który chciało budować przed laty – ugrupowania ludzi o czystych rękach, walczącego z układami i kastami. Kaczyński, który chciał uchodzić za człowieka żyjącego ideami i ideałami, okazał się rozgrywającym w deweloperskim biznesie.

To również dziennikarze opisywali kolejne przypadki pedofilii w Kościele. Wstrząsający film braci Sekielskich miał dotąd na YouTube ponad 23 miliony (!) wyświetleń. Władze kościelne nie mogą już udawać, że problemu pedofilii księży nie ma.

Dzisiaj, gdy w całej Polsce trwają protesty przeciwko kolejnej ustawie ograniczającej niezależność wymiaru sprawiedliwości i zamykającej usta sędziom, coraz częściej słychać, że następne w kolejce do pacyfikacji są media. Gdy wolności słowa nie będzie już można obronić w sądach, dziennikarze będą łatwą ofiarą.

Zobaczcie sami, dlaczego wolne media są ważne.

Uwaga! To długa lista – odniesienia do archiwalnych artykułów są przerywnikami, a nie znakiem końca tekstu.

Ryba psuje się od głowy

Zacznijmy od artykułów, których bohaterami byli najważniejsi ludzie w kraju: prezes PiS Jarosław Kaczyński, nieformalnie podejmujący kluczowe decyzje w państwie oraz premier Mateusz Morawiecki.

Dwie wieże Kaczyńskiego

Jarosław Kaczyński w Sejmie śmieje się podczas debaty nad ustawą oświatowąW styczniu 2019 roku Wojciech Czuchnowski i Iwona Szpala z „Gazety Wyborczej” ujawnili zapis rozmowy Jarosława Kaczyńskiego z austriackim biznesmenem Geraldem Birgfellnerem. Powiązany rodzinnie z Kaczyńskim biznesmen miał uczestniczyć w realizacji ogromnego projektu – budowy wieżowców (dwóch wież) w centrum stolicy, na działce należącej do spółki Srebrna, kontrolowanej przez zaufanych prezesa PiS.

Z rozmów ujawnionych przez „Wyborczą” wynikało, że inwestycja miała być kredytowana przez zrepolonizowany za rządów PiS Bank Pekao SA.

Srebrna nie dostała jednak od władz miasta wymaganych pozwoleń. W rozmowie z Birgfellnerem Kaczyński tłumaczył, że inwestycję trzeba wstrzymać ze względów politycznych – szum wokół niej może bowiem zaszkodzić PiS-owi w wyborach. Przekonywał, że decyzję o warunkach zabudowy dostaną tylko, jeśli Patryk Jaki wygra w wyborach na prezydenta Warszawy (jesienią 2018 roku).

Z jednej strony prezes PiS potwierdzał, że prace, które zrealizował już Austriak, były wykonywane na jego zlecenie i biznesmenowi należy się wynagrodzenie. Z drugiej – odmawiał wypłaty pieniędzy i proponował Birgfellnerowi, by podał w tej sprawie Srebrną do sądu.

Prawnicy Austriaka powiadomili później prokuraturę, że Kaczyński „pozyskał jego zaufanie”, „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej przez spółkę Srebrna”.

„Spowodował wykonanie przez Geralda Birgfellnera świadczenia usług o wartości ok. 1 300 000 euro” i nie zapłacił za to. Prokuratura odmówiła jednak wszczęcia śledztwa.

O sprawie dwóch wież pisaliśmy na OKO.press wielokrotnie, m.in. w tekstach:

Lukratywny interes premiera

Także „Gazeta Wyborcza” – tym razem piórem Jacka Harłukowicza – ujawniła, że w 2002 roku Mateusz Morawiecki kupił grunty od Kościoła. O tym, że są one do sprzedania dowiedział się od kard. Henryka Gulbinowicza, z którym jego rodzina jest blisko od lat.

„Za działki warte 4 mln zł zapłacił pięć razy mniej. Dziś wyceniane są sto razy więcej, na ok. 70 mln. Nie ma po nich śladu w oświadczeniu majątkowym szefa rządu PiS” – pisała „Wyborcza”.

Jak się okazało, Morawiecki przepisał ziemię na żonę. Przed zaangażowaniem się w politykę dokonali rozdziału majątku. Dziś to ona jest współwłaścicielką m.in. mieszkań, które premier kupił w starej kamienicy w centrum Wrocławia oraz willi w Warszawie, na którą dostała kredyt z BZ WBK, gdy Morawiecki kierował tym bankiem.

Po publikacji artykułu Jacka Harłukowicza PiS zapowiadał wprowadzenie ustawy, która nałoży na polityków obowiązek ujawniania w oświadczeniach majątkowych majątku współmałżonków.

Do dziś jednak tego nie zrobił, a Morawiecki – także wbrew zapowiedziom – nie ujawnił majątku żony.

„Krystaliczny” urzędnik PiS

Aferę z wynagrodzeniem dla Birgfellnera i kontrowersje związane z nieruchomościami Morawieckiego PiS-owi udało się dość skutecznie zamilczeć. Dziś już się o nich prawie nie mówi i raczej nie ma szans na konsekwencje prawne (chyba, że za ujawnienie nagrań przez Birgfellnera i dziennikarzy).

Inaczej jest z aferą dotyczącą szefa Najwyższej Izby Kontroli Mariana Banasia.

We wrześniu 2019 roku Bertold Kittel z „Superwizjera” TVN ujawnił, że w krakowskiej kamienicy, która należała do Banasia, działał pensjonat z pokojami wynajmowanymi na godziny. Z takich pokoi korzystają najczęściej prostytutki ze swoimi klientami oraz niewierni małżonkowie z kochankami.

Hotelik prowadził Dawid O. powiązany rodzinnie z braćmi Januszem i Wiesławem K., którzy od lat działają w branży agencji towarzyskich.

W 2005 roku brali udział w krwawych porachunkach sutenerów, w których ranny został policjant. Za udział w pobiciu bracia K. zostali prawomocnie skazani przez krakowski sąd.

Gdy ekipa „Superwizjera” pojawiła się w kamienicy Banasia, zastała tam jednego z braci – dzwonił przy dziennikarzu do szefa NIK i informował go, że „jakiś facet przyszedł, upierdliwy, z telewizji”.

W reportażu Kittel sygnalizował, że w oświadczeniu majątkowym Banasia są nieścisłości i luki. Później okazało się, że było ich mnóstwo.

OKO.press opisywało historię majątku Banasia i historię biznesów, które działały w jego krakowskiej kamienicy. Ustaliliśmy, że spółka syna Banasia dostała na jej remont ok. 81 tys. zł z UE i budżetu państwa. Na remont innej kamienicy otrzymała co najmniej 482 tys. zł dotacji i i 151 tys. zł pożyczki z dwóch funduszy dysponujących publicznymi pieniędzmi. Wzięła też ok. 2,3 mln zł pożyczek z kontrolowanego przez państwo banku BOŚ.

Później ujawniliśmy, że Marian Banaś jako wiceminister i minister finansów, a potem szef NIK, korzystał z służbowej kawalerki w Warszawie, choć od wiosny 2017 roku jest właścicielem mieszkania w stolicy. Jak się okazało – wynajmował lub nadal wynajmuje je komuś odpłatnie.

Po emisji reportażu „Superwizjera” i pierwszych doniesieniach innych mediów, politycy PiS bronili szefa NIK, twierdząc, że jest „krystalicznym” człowiekiem.

Kontrola CBA wykazała jednak – jak donosiła „Rzeczpospolita” – że „oficjalne dochody [Banasia] nie do końca »spinają« się z rozmiarami posiadanego majątku”. Po zakończeniu kontroli, politycy PiS, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, usiłowali przekonać Banasia do dymisji. Jednak bez powodzenia.

Bagno w resorcie sprawiedliwości

Dziś PiS odcina się od Mariana Banasia i usiłuje przekonać opinię publiczną, że powierzenie mu ważnych funkcji to „błąd personalny”, jaki może przydarzyć się każdej władzy.

Ale zarówno ta sprawa – w której szefa NIK powołano mimo toczącego się postępowania kontrolnego CBA, jak i kolejna ujawniona przez media afera, dowodzą, że mamy do czynienia z systemową zgodą na łamanie standardów praworządności, a nawet wprost – łamanie prawa.

Afera hejterska

W sierpniu 2019 roku Magdalena Gałczyńska z portalu Onet ujawniła że Łukasz Piebiak, wiceminister sprawiedliwości i prawa ręka Zbigniewa Ziobry, stał za zorganizowanym hejtem wobec sędziów, którzy sprzeciwiają się niszczeniu sądownictwa przez PiS. Inspirował m.in. akcję w mediach społecznościowych i tradycyjnych, która miała skompromitować szefa stowarzyszenia sędziów Iustitia.

Onet ustalił, że Piebiak i inni wysoko postawieni urzędnicy resortu oraz sędziowie popierający obecne władze, współpracowali z internetową hejterką, która w sieci przedstawiała się jako Mała Emi. Przekazywali jej wewnętrzne dokumenty resortu i informacje, które kobieta wykorzystywała publikując hejterskie komentarze.

Jak  się później okazało, Mała Emi pośredniczyła także w przekazywaniu prorządowym dziennikarzom informacji, na podstawie których powstawały materiały oczerniające niepokornych sędziów.

Po publikacji Onetu wiceminister Piebiak podał się do dymisji. Ale hejt wobec sędziów – m.in. za sprawą twitterowego konta Kasta Watch – trwa nadal.

Na OKO.press ujawniliśmy m.in.

Urzędnik – kat polityków

Piebiak i jego współpracownicy nie byli jednak jedynymi pracownikami Ministerstwa Sprawiedliwości, którzy prowadzili działania siejące nienawiść.

W marcu 2019 roku Ewa Ivanova z „Gazety Wyborczej” ujawniła, że jednym z uczestników katowickiej pikiety narodowców, podczas której powieszono na szubienicach zdjęcia europosłów Platformy Obywatelskiej, był prawnik zatrudniony wówczas w resorcie Ziobry. Trzymał szubienicę ze zdjęciem Michała Boniego.

W listopadzie 2019 prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie pikiety. Uznała, że nie doszło podczas niej do bezprawnej groźby na tle politycznym, a wieszanie wizerunków było wyrazem krytyki.

Jak ustaliła Ivanova, pod decyzją o umorzeniu śledztwa podpisała się prokurator Iwona Skrzypek, która za rządów „dobrej zmiany” awansowała na wiceszefową Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

Fundusz (Prawa i) Sprawiedliwości

W 2019 roku, jeszcze pod rządami Krzysztofa Kwiatkowskiego, Najwyższa Izba Kontroli potwierdziła, że w Ministerstwie Sprawiedliwości – a dokładnie w zarządzanym przez resort Funduszu Sprawiedliwości dochodziło do nieprawidłowości w gospodarowaniu pieniędzmi.

Wcześniej, przez rok, o nieprawidłowościach w Funduszu pisali na OKO.press Sebastian Klauziński i Konrad Szczygieł. Ujawnili m.in. że:

  • miliony złotych przeznaczone na przeciwdziałanie przestępczości, idą na konferencje i kampanie reklamowe promujące politykę rządu PiS; organizują je stowarzyszenia i fundacje powiązane z obozem rządzącym;
  • co najmniej 1,2 mln zł z Funduszu trafiło do stowarzyszeń, którymi kierują ludzie związani z partią Ziobry;
  • w czasie kampanii wyborczych politycy Solidarnej Polski wykorzystywali akcje Funduszu i jego środki, by promować się w swoich okręgach;
  • resort Ziobry wydał 15 mln zł na promocję Funduszu.

Po ogłoszeniu wyników kontroli NIK, urzędnicy ministerstwa, zamiast odnieść się do ujawnionych nieprawidłowości, usiłowali zdyskredytować kontrolerów. Szef sejmowej komisji finansów nie dopuścił do głosowania nad wnioskiem do premiera Morawieckiego, by Fundusz poddać szczegółowej kontroli.

Jak ujawniało potem OKO.press, już po kontroli NIK, jesienią 2019, politycy Solidarnej Polski kierujący Ministerstwem Sprawiedliwości bez zahamowań wykorzystywali Fundusz Sprawiedliwości w kampanii wyborczej.

Inwigilacja obywateli i nieudolność służb

Pegasus wskakujący do telefonów

Z kolei Lech Dawidowicz z „Czarno na białym” TVN 24 ujawnił, że za 25 mln zł z Funduszu Sprawiedliwości Centralne Biuro Antykorupcyjne kupiło dostęp do Pegasusa. To izraelski system szpiegowski, który może przejąć kontrolę nad telefonami, komputerami i innymi sprzętami elektronicznymi wybranych osób, dając służbom wgląd w życie i tajemnice tych osób.

CBA oczywiście nie potwierdza, że dysponuje takim systemem i nie wyjaśnia, w jakim celu go używa.

Biorąc jednak pod uwagę to, że przez kilka lat Biuro nie pochyliło się nad dziwnymi kontaktami i majątkiem Banasia, a także, że odmówiło wszczęcia kontroli w sprawie ministra Michała Dworczyka, który – jak ujawniliśmy – kilkanaście razy złożył fałszywe oświadczenie majątkowe, można przypuszczać, że to nie przedstawiciele obozu rządzącego są w centrum zainteresowania tej służby.

Niewyjaśniona afera

Nie tylko działalność CBA budzi jednak wątpliwości. Dziennikarz „Polityki” – Grzegorz Rzeczkowski, w wydanej w tym roku książce „Obcym alfabetem”, opisał działania innych służb i instytucji państwowych w sprawie tzw. afery podsłuchowej. Choć może raczej należałoby powiedzieć: opisał brak działań i niemoc.

Bo mimo, że ujawnienie nagrań z restauracji „Sowa & Przyjaciele” i innych lokali gdzie nagrywano polityków i biznesmenów, wywołało w Polsce kryzys polityczny i miało duży wpływ na wynik późniejszych wyborów parlamentarnych, służby nie wyjaśniły, kto faktycznie stał za aferą.

Według ustaleń Rzeczkowskiego, Marek Falenta, którego skazano za zorganizowanie procederu podsłuchowego, był w tej akcji tylko pionkiem. Tropy prowadzą do Rosji, a konkretnie do ludzi powiązanych z Kremlem i tajnymi służbami. W ich grę dali się wciągnąć ludzie bliscy PiS, którzy wykorzystali nagrania, by uderzyć w rząd RP.

„Nam się to po prostu należało”

Tym, co najbardziej przebijało się w 2019 roku do opinii publicznej, nie były jednak działania i zaniechania służb, lecz kolejne przykłady rozpasania władzy – gigantycznych zarobków ludzi związanych z obozem rządzącym i nieuzasadnionych, ogromnych wydatków instytucji dysponujących publicznymi pieniędzmi.

Media pisały o nich niemal bez przerwy.

Szokujące wynagrodzenia

Swój dalszy ciąg miała ujawniona w 2018 roku w mediach sprawa wynagrodzeń w Narodowym Banku Polskim, gdzie rządzi nominowany przez PiS Adam Glapiński.

Jeszcze w 2018 roku „Wyborcza” wyliczała, że jedna z przybocznych Glapińskiego – Martyna Wojciechowska (szefowa departamentu komunikacji NBP) zarabia kilkadziesiąt tysięcy zł miesięcznie.

Na początku 2019 OKO.press ustaliło, że

  • dodatkowo za zasiadanie w radzie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego Wojciechowska otrzymywała w 2018  roku prawie 12 tys. zł miesięcznie;
  • do wiosny 2018 roku była też radną mazowieckiego sejmiku – z dietą w wysokości około 2,5 tys. zł miesięcznie.

Jako radna Wojciechowska powinna złożyć oświadczenie majątkowe, ale ukryła przed opinią publiczną swoje zarobki, składając rezygnację z mandatu radnej.

Jak się okazało, nie była jedyną działaczką PiS zarabiającą w NBP dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie. Jak ujawniliśmy, drugą była Sylwia Matusiak – ex-szefowa Departamentu Edukacji i Wydawnictw NBP. W 2016 roku przez 6 miesięcy zarobiła ponad 273 tys. zł. Dostawała więc średnio 45,5 tys. zł miesięcznie.

Wynagrodzenia z NBP przebijają jednak zarobki działaczy PiS i ludzi związanych z obozem władzy w niektórych spółkach Skarbu Państwa. Wiosną 2019 wyliczyliśmy, że 73 takie osoby, zasiadając we władzach 14 spółek, wzbogaciły się za „dobrej zmiany” łącznie o 95 milionów zł.

Przykłady?

Loty i odloty

Po poprzednich wyborach parlamentarnych, w swoim exposé Beata Szydło zapowiadała, że PiS w swoich rządach będzie się kierować „pokorą, pracą, umiarem, roztropnością w działaniu i odpowiedzialnością” .

Media wciąż opisują jednak kolejne przypadki, instytucji i organizacji dysponujących publicznymi pieniędzmi i szastających nimi bez jakiegokolwiek umiaru.

Andrzej Stankiewicz z Onetu ujawnił kulisy umowy, którą Polska Fundacja Narodowa zawarła z amerykańską firmą PR-ową. Jej celem miała być promocja Polski w Stanach Zjednoczonych. Okazało się, że PFN zapłaciła 5,5 mln dol. za stworzenie kont w mediach społecznościowych, które obserwuje kilkanaście osób.

Potem Stankiewicz pisał również o innych kontrowersyjnych wydatkach pokrywanych z środków PFN, m.in. lotach i noclegach współpracownika Antoniego Macierewicza – Edmunda Jannigera.

Mariusz Gierszewski z Radia Zet dotarł do dowodów potwierdzających, że marszałek Marek Kuchciński latał z rodziną rządowym samolotem. Na pokład luksusowego gulfstreama zabierał żonę, synów i córkę. Potem wyszło na jaw, że oprócz rodziny z Kuchcińskim latali posłowie PiS i działacze samorządowi partii.

Marszałek początkowo w ogóle zaprzeczał takim praktykom. Potem przyznał się do 23 podróży z takimi pasażerami. Ostatecznie okazało się, że od marca 2016 do lipca 2019 odbył ich ponad 130. Gdy sprawę ujawniły media, władze PiS wymusiły na Kuchcińskim dymisję.

Pedofilia w Kościele

Największym wydarzeniem 2019 roku w dziennikarstwie była jednak z pewnością premiera filmu braci Tomasza i Marka Sekielskich pt. „Tylko nie mów nikomu”.

Ponaddwugodzinny dokument przedstawia historie ludzi, którzy jako dzieci byli molestowani i gwałceni przez księży. To sprawy sprzed kilkudziesięciu lat i zupełnie nowe. Dwie z nich dotyczą nieopisanych wcześniej przypadków pedofilii prominentnych duchownych – ks. prałata Franciszka Cybuli, kapelana prezydenta Lecha Wałęsy i ks. Eugeniusza M., pomysłodawcy budowy i opiekuna sanktuarium Matki Bożej w Licheniu.

„Wstrząsające historie, konfrontacje ofiar ze sprawcami i stosunek Kościoła do osób zgłaszających molestowanie – oschłość, biurokratyczny język, odmowy, ucieczki i grożenie sądem”

pisał o tym filmie na OKO.press Sebastian Klauziński.

Ale film Sekielskich jest wydarzeniem nie tylko jeśli chodzi o temat i jego doniosłość. To także światło nadziei dla rzetelnego, niezależnego dziennikarstwa. Dokument – realizowany przez rok – został sfinansowany w całości z publicznej zbiórki. 2,5 tys. osób wpłaciło ponad 450 tys. zł.

„Jestem w szoku, ten pożar nie gaśnie, zastanawiam się, kiedy się zatrzyma. Nasz film pokazuje, że można tworzyć ważne społecznie treści siłami obywatelskimi, poza dużymi koncernami” – mówił Tomasz Sekielski OKO.press, gdy liczba widzów przekroczyła 20 mln.

Za dokument bracia Sekielscy otrzymali Nagrodę Radia Zet im. Andrzeja Woyciechowskiego oraz Nagrodę Specjalną Press Club Polska. Tomasz Sekielski w konkursie Grand Press, w głosowaniu redakcji z całej Polski został wybrany Dziennikarzem Roku 2019.

Odbierając nagrodę mówił: „Od nas dziennikarzy zależy bardzo dużo. Zależy przyszłość demokracji”.

*Źródło: „O dziennikarstwie śledczym. Normy, zagrożenia, perspektywy” pod red. Marka Palczewskiego i Moniki Worsowicz


Prześwietlamy, pytamy, interweniujemy - i nie odpuszczamy.
Pomóż nam prowadzić dziennikarskie śledztwa.

Wicenaczelna i szefowa zespołu śledczego OKO.press. Dziennikarka „Polityki” (2000–13), krótko „GW”, a od wiosny 2016 roku - OKO.press. Dziennikarka Roku Grand Press 2016. Laureatka kilkunastu innych nagród dziennikarskich, m.in. Grand Press za dziennikarstwo specjalistyczne, Nagrody Radia Zet im. A. Woyciechowskiego, Nagrody im. Dariusza Fikusa, kilku nagród i wyróżnień SDP (przed jego przejęciem przez dziennikarzy "niepokornych"). Bałucki charakter.


Komentarze

Masz cynk?